Pocztówka z Polski


Kliknij tutaj aby przeczytać ostatni odcinek serii “Tymczasem w Absurdystanie”

Kliknij tutaj aby zobaczyć wszystkie odcinki serii


Drodzy czytelnicy. Jak zapewne zauważyliście mam spore zaległości w dostarczaniu Wam wieści z Absurdystanu. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że przedsięwziąłem ekspedycję, aby sprawy zbadać na miejscu… No dobra, nie będę Wam tu kitu wciskać – byłem na wakacjach. Trochę pokempingowałem w pięknych okolicznościach przyrody północno-zachodniej Szkocji, a drugą ich połowę spędziłem w kraju. Podczas pobytu w Polsce starałem się wykorzystać każdą okazję, aby zamienić parę słów ze spotykanymi ludźmi i dowiedzieć się, co sądzą o obecnej sytuacji. Było to dla mnie bardzo ważne, bo obawiałem się, że choć mieszkanie w Glasgow daje mi unikalną perspektywę pozwalającą na oglądanie naszego kraju z zewnątrz, moja wizja tego, co dzieje się w Polsce może być nieco skrzywiona przez to, że na co dzień informację czerpię z mediów, internetu a to, co dochodzi do mnie od znajomych jest przefiltrowane przez mój bąbelek społeczny. Ale wygląda na to, że obraz, jaki rysowałem przed moimi czeskimi czytelnikami bynajmniej nie jest skrzywiony. Po prostu przedstawiam obraz, którego nie widać na pierwszy rzut oka. 

Na pozór Polska jest normalnym, europejskim krajem. Za każdym razem kiedy odwiedzam rodzinne strony jestem pod wrażeniem tego, ile się w naszym kraju zmienia. Piękne, błyszczące budynki pojawiające się jak grzyby po deszczu, świetnie ubrani ludzie spędzający czas w sympatycznych kafejkach i ogródkach piwnych wykwintnych restauracji. Wrocław, moje rodzinne miasto, jak nigdy wcześniej pełen jest turystów z całego świata (udało mi się nawet spotkać koreańską rodzinę, która zawitała tu podczas swojej lądowej ekspedycji z Korei Południowej do Paryża). 

Azjatyckie czy też czarne twarze spotykane są jednak nie tylko w turystycznym centrum. Ludzi o innym kolorze skóry można spotkać także w autobusie na opłotkach miasta, biegających w lokalnym parku na osiedlu moich rodziców czy wyprowadzających psy na jednym z blokowisk z wielkiej płyty. To chyba najwyraźniejszy znak tego, że wielu obcokrajowców wybrało to miejsce do osiedlenia się na dłużej. To daje miastu ten multikulturowy akcent, ostatnią nutę potrzebną do tego, aby miasto można było odebrać jako prawdziwą europejską metropolię.

I tak tłumy ludzi z całego świata, przemierzające nowoczesnymi tramwajami tudzież na miejskich rowerach zabudowane błyszczącymi biurowcami zakorkowane ulice takich miast jak Wrocław czy Poznań sprawiają, że na pierwszy rzut oka centra tych miast nie różnią się (poza oczywiście skalą wielkości) od, na przykład, centrum Londynu, z którego piszę te słowa.

Zmiany postępują tak szybko, że nawet poniosłem porażkę bo z mojej podróży śladami dawnych wspomnień niewiele wyszło – jakieś 15 lat temu regularnie przemierzałem autostopem trasę z Wrocławia do Poznania i postanowiłem podczas tych wakacji po latach znów spróbować szczęścia na poboczu drogi z wyciągniętym kciukiem. Miałem nadzieję, że uda mi się zobaczyć, jak zmieniły się przez te lata wszystkie te mniejsze miasteczka pomiędzy stolicami Dolnego Śląska i Wielkopolski. I co? I nic. Dzięki unijnym funduszom wszystkie te miasta otoczone są dziś obwodnicami a już niebawem całą trasę będzie można pokonać nie zjeżdżając z ekspresówki. Miasteczka takie jak Śmigiel, Rawicz czy Żmigród będą musiały poczekać na kolejną okazję…

Ale to jest to, co widać na pierwszy rzut oka. Jeśli nieco poskrobać tą powierzchnię, okazuje się, że pod skórą w naszym kraju naprawdę buzuje.

Zaczęło się już w samolocie. Zauważyłem, że siedzący koło mnie współpasażer nie wziął ze sobą lektury i w desperacji przeczytał od deski do deski pokładową ulotkę Ryanaira. Ponieważ miałem ze sobą książkę i gazetę, zaproponowałem, że podzielę się z nim lekturą, co przyjął z wdzięcznością. Kiedy okazało się jednak, że z plecaka wyciągnąłem “Politykę” podszedł do niej z pewną rezerwą. Jak wiadomo, prawica przestawia ten najbardziej poczytny polski tygodnik jako skrajnie lewacką propagandową gadzinówkę wspierającą totalną opozycję. Więc o ile reportaże z Ameryki Południowej czy artykuły poruszające kwestie społeczne mój sąsiad przeczytał z zainteresowaniem, to już strony o polityce jedynie przekartkował, kręcąc głową z niedowierzaniem a zwracając mi gazetę widać było w jego ruchach pewną odrazę.

Po wylądowaniu skorzystałem z zaproponowanej przez rodzinę podróżującego ze mną nastolatka podwózki. Dwóch starszych panów zgodziło się podrzucić mnie na dworzec kolejowy w Katowicach. W samochodzie grało jakieś radio – nie byłem w stanie zobaczyć wyświetlacza, ale sądząc po religijnej muzyce i wykładzie jakiegoś księdza na tematy starotestamentowe założyłem, że jest to Radio Maryja albo jakaś inna lokalna stacja katolicka. Wkrótce jednak wybiła pełna godzina a wraz z wiadomościami po raz pierwszy zagrano jingiel – okazało się, że słuchamy Programu Pierwszego Polskiego Radia, popularnej (do niedawna) Jedynki. Po wiadomościach tematyka programu zmieniła się na muzyczną, o ile można tak nazwać wydobywające się z głośników discopolowe dźwięki…

Kościół nigdy nie stał w Polsce skromnie z boku, ale dziś wydaje się dominować każdą dziedzinę życia. Wszystkie dyskusje moralne wydają się jedynie sprowadzać do oceny danego problemu w kategorii grzechu wg interpretacji Kościoła Katolickiego. Zagrożenia niesione przez Szatana są częstym motywem wypowiedzi nawet polityków z pierwszej ligi, nic więc dziwnego, że i zwyczajni ludzie starają się ratować Polskę przed stoczeniem się w otchłań grzechu – podczas mojej późniejszej wizyty w zdrojowisku Cieplice rozbawił mnie widok rzeźby przedstawiającej prawdopodobnie jakąś wodną nimfę, którą ktoś ubrał w zrobiony na szydełku biustonosz osłaniający jej nagie piersi:

Ale to było nic w porównaniu z szokiem, którego zaznałem jeszcze zanim dojechałem do domu. Po tym jak starsi panowie odstawili mnie na pociąg, zająłem miejsce w przedziale, w którym siedziało już kilka osób. Sympatyczna starsza pani wkrótce rozpoczęła rozmowę, a kiedy wyszło na jaw, że mieszkam w Szkocji, zaczęła mnie wypytywać o to, jak żyje się na obczyźnie. Jeden ze współpasażerów uważnie przysłuchiwał się naszej rozmowie, wtrącając się za każdym razem, kiedy to, o czym mówiłem wydawało się gryźć z jego światopoglądem. Zwykle wtrącał się w naszą rozmowę, zadając “podchwytliwe” pytanie, w sposób oczywisty sugerujące, że wiedzę o świecie czerpie głównie z prawicowych mediów:

„Naprawdę nie widziałeś, jak te czarnuchy tylko siedzą i doją zasiłki?”
„A Twoi znajomi którzy mają dzieci, nie boją się, że służby socjalne zabiorą im je, żeby oddać je do adopcji jakimś pedałom?”
„Nie wierzę, że się nie boisz terrorystów. Chyba, że naprawdę masz już mózg całkowicie wyprany przez lewacką propagandę”.

Na początku cierpliwie próbowałem tłumaczyć i przedstawiać fakty w sposób możliwie obiektywny aby mój adwersarz sam odpowiedział sobie na zadawane przez siebie pytania lub weryfikował posiadane fakty. To jednak było bezcelowe, bo nawet jeśli widział, że jego stanowisko nie trzyma się kupy, zarzucał mnie zaraz dziesiątką kolejnych pytań, których celem nie była dyskusja a jedynie “przyszpilenie mnie do ściany”. Zdecydowałem się zatem zapytać go wprost, skąd on bierze te wszystkie bzdury: z TVP czy prawicowych gazetek? Mój współpasażer bardzo się obruszył: on nie jest jakimś lemingiem, żeby wierzyć we wszystko, co wyczyta w internecie. On doskonale wie, jak się żyje w UK, bo jego siostra mieszkała przez rok w Birmingham i on aż dwa razy ją odwiedził.

Tymczasem we Wrocławiu, moim rodzinnym mieście, powoli osiadał kurz po prostestach przeciwko atakowi na niezawisłość sądów. Wrocław był miejscem jednych z większych serii protestów w kraju, choć oczywiście nie był w swojej antyrządowej aktywności osamotniony. Rozmowy z niemal każdym spotykanym znajomym prędzej czy później sprowadzały się do tego, kto był na ilu marszach, w jaki sposób protestował i co będzie się dalej działo w polityce. Nawet ci, których nigdy nie podejrzewałbym o polityczne zaangażowanie nie stali z boku: “Ja to najchętniej dalej bym miał w dupie politykę” – powiedział jeden z owych znajomych “ale jak dzisiaj nie wyjdziemy na ulicę, to niedługo w dupie to akurat będziemy my wszyscy. Ciemnej. Chyba nikt normalny nie może spokojnie stać z boku i patrzeć na to, co się w tym kraju wyprawia?” Nawet z kabin kierowców i motorniczych komunikacji miejskiej miast typowej hałaśliwej muzyki dobiegały głosy gości radiowych studio dyskutujących o polityce.

No ale przynajmniej na rodzinnym odcinku frontu cisza. Moja ciotka, która jest zagorzałą zwolenniczką PiS wreszcie poddała się i nie próbuje już przekonywać pozostałej części rodziny, że Jarosław Kaczyński jest prawdziwym mężem stanu a jego wizja to jedyny sposób na uratownie naszej rozkradanej Ojczyzny. Choć oznaczało to niemalże całkowite urwanie kontaktów, jakoś nikt nie wygląda na specjalnie zmartwionego – cóż, ile można słuchać o tym, że ma się wyprany mózg albo  że jest się “za młodym, żeby zrozumieć politykę, bo do tego trzeba doświadczenia życiowego” (wobec mnie ten argument był w użyciu aż do moich 36-tych urodzin).

Ale nawet w rodzinnym domu konwersacje co chwila sprowadzały się do “kombatanckich” wspominek z udziału w marszach, protestach i manifestacjach.

Ale oczywiście nie samą polityką ludzie żyją. Przyczyną zmartwień jest także prognozowany wpływ Dobrej Zmiany na ekonomię naszego kraju, a pośrednio także na rynek pracy i sytuację finansową przedsiębiorców. Nawet ludzie z dziećmi i dobrze działającymi biznesami coraz odważniej przebąkują o tym, że emigracja jest całkiem poważnie rozważaną przez nich opcją. Zresztą, temat przewala się w rozmowach ze wszystkimi i choć być może żarty w rodzaju “szykuj dla nas kanapę w salonie, bo jak tu się zacznie naprawdę dziać, to dołączymy do Ciebie w Szkocji” raczej nie są poważnymi analizami sytuacji w kraju i prospektów emigracyjnych, jednak gdybym dostawał 50 funtów za każdym razem, kiedy je słyszę, już dawno mógłbym żyć z procentów popijając drinki z palemką na jakiejś tropikalnej wyspie…

Wielu z moich znajomych jest nauczycielami. Wyglądają oni na szczególnie zmartwionych tym, co przyniesie ich zawodowi radykalna deforma edukacji. Już teraz jest niemal jasne, że buczne zapowiedzi ministerstwa, że w wyniku likwidacji gimnazjów żaden z nauczycieli nie straci pracy były kolejnym kłamstwem. A nawet wielu z tych, którzy się utrzymają, będzie musiało sobie ciułać pensum z godzin zbieranych po wszystkich szkołach w okolicy. Pojawiają się także nowe regulacje ograniczające możliwość pracy nauczyciela na więcej niż jednym etacie, de facto uzależniając możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy od widzimisię dyrektora. To tworzy obawy, że w związku z tym, jak upolitycznione są polskie szkoły, może to stać się po prostu kolejnym sposobem na dyscyplinowanie niepokornych – nietrudno wyobrazić sobie jak nauczyciele o nieodpowiednich poglądach zostają “brani głodem” przez pisowskich dyrektorów szkół…

Znajomi lekarze także nie kipią optymizmem. Według ich relacji, pracy jest coraz więcej, bo brakuje rąk do pracy w służby zdrowia. Coraz więcej lekarzy i pielęgniarek dochodzi do wniosku, że tak nie da się żyć i decyduje się na emigrację. Karetki jeżdżą po mieście oflagowane – to protest ratowników medycznych, którzy mają dość tego, że ich poświęcenie i ciężka, niebezpieczna praca wyceniana jest na 12 zł za godzinę. Perspektywy pacjenta w nagłej potrzebie są dosyć marne, jeśli prawdziwą jest anegdotka którą usłyszałem: według niej, do oczekującej od kilku godzin na izbie przyjęć starszej pani podeszła lekarka, która ze łzami w oczach powiedziała “ja wiem, że pani nie powinna tyle czekać, ale jestem tu sama i nie mam nikogo do pomocy i od 30 godzin jestem non stop na nogach”.

Żadna branża nie oparła się wpływowi Dobrej Zmiany. Pewien pierwszoligowy muzyk zrelacjonował mi sytuację, która miała miejsce podczas koncertu dla jednej z państwowych spółek energetycznych. Według jego relacji do zespołu podeszła pewna pani, która przykazała, aby nie grano jednego z większych przebojów, który współwykonywała także Kayah. “Rozumiecie panowie, będzie obecny pan minister” – powiedziała tajemnicza kobieta. Jak widać Kayah zalazła PiSowi za skórę tak bardzo, że jest teraz Piosenkarką Wyklętą.

Ale niektórzy wydają się być zadowoleni z polityki nowego rządu. Kierowca ciężarówki, który podwoził mnie podczas mojej wyprawy stopem do Poznania, był zadowolony z tego, że polski rząd nie pozwala Francuzom na to, aby dmuchali nam w kaszę. Powoływał się to, że francuskie władze robią wszystko, aby utrudnić polskim firmom przewozowym konkurowanie z lokalnymi firmami. “Mówią, że zalaliśmy rynek” – tłumaczył mi ów szofer – “i że to zaburza naturalny balans na rynku. Ale jakoś nie przeszkadza im to, że francuskie firmy zaburzają naturalny balans na rynku handlu w Polsce. Tylko spójrz na to, kto u nas trzęsie handlem detalicznym: gdzie się nie obejrzysz to albo Auchan, albo Carrefour albo Leroi Merlin… I jakoś tutaj nie widzą problemów. A jakby tylko polski rząd zaczął traktować francuskie firmy tak, jak Francuzi traktują naszych – to by się dopiero zaczęło. Jeśli ktoś myśli, że Unia Europejska to jest partnerstwo równych sobie krajów, musi być bardzo naiwny”.

Jego samego jednak już problemy, z jakimi borykają się polscy kierowcy we Francji, nie dotyczą od kiedy filmik z kamerki jadącego za nim TIRa, na którym goni próbujących włamać się mu do samochodu emigrantów z tzw. dżungli za pomocą kija baseballowego z logo Polski Walczącej trafił na portale społecznościowe. Mój pan kierowca stał się w pewnym stopniu internetowym celebrytą. Od tej pory nie jeździ już do Francji, ale bynajmniej nie dlatego, że boi się emigrantów. Wręcz przeciwnie – obawia się aresztowania przez francuskie władze. “Wiesz, ci imigranci w Calais robią co chcą – wiedzą, że są całkowicie bezkarni. Ale jak tylko któryś z kierowców zacznie się bronić, zaraz zostaje oskarżany o atak na niewinne ofiary wojny przez lewacki establishment. Tymczasem ani Angole, ani Żabojady nie robią nic, aby zapewnić bezpieczeństwo kierowcom – jesteśmy tam między młotem a kowadłem, a do tego nie pozwala nam się na to, abyśmy bronili się sami”. Mój kierowca od roku jeździ tylko po wschodniej Europie – Rumunia, Węgry, kraje bałtyckie, Białoruś, Ukraina, czasem Rosja… “To wszystko są cywilizowane kraje, lewakom jeszcze nie udało się tego popsuć”.

Jednak jest jeden temat, w którym wszyscy, z którymi rozmawiałem wydają się być po jednej stronie. Nawet mój odziany w odzież patriotyczną kierowca, dumnie prezentujący swój umieszczony nad przednią szybą ciężarówki kij baseballowy z motywami Polski Walczącej, nie zgadza się z działaniami Ministra Szyszki. “Miałem ofertę, żeby wywozić drewno z Białowieży” – mówi – “ale oczywiście odmówiłem. Bo choć święty nie jestem i nie raz zatrzymywałem się w lesie przy tirówkach, to sam kurwą nie jestem!”

Nowy styl dumy narodowej widać na każdym kroku. Tradycyjne wlepki, którymi kibice zwykli oznaczać swój teren niczym obsikujące każdy słup psy powoli ewoluowały. Jakiś rok temu zauważyłem, że pojawia się na nich więcej motywów narodowych, dziś niektóre z nich w ogóle nie odnoszą się do piłki nożnej, ograniczając się do sloganów w rodzaju “od urodzenia dumny z pochodzenia” czy portretów bohaterów narodowych:

Na każdym kroku można spotkać narodowo-patriotyczne murale albo graffiti. Wygląda na to, że motywy zgodne z linią obecnej władzy wypierają wszystkie inne tematy. Na przykład Leszno, które na świecie znane jest głównie jako miejsce w którym cichą przystań znalazł uchodzący przed prześladowaniami czeski filozof i ojciec współczesnej edukacji Komenius i w którym napisał kilka ze swoich ważnych prac raczej nie wykorzystuje jego osoby do promocji miasta. Owszem, jest tam wyższa szkoła jego imienia, przed którą stoi pomnik, ale po jego stylistyce można sądzić, że stoi tam już od pewnego czasu (a z rysów twarzy betonowej postaci można sądzić, że artyście pomylił się Komeniusz z Konfucjuszem).

Jednak mural w centrum miasta celebruje jakiś lokalny oddział kawalerii, bo wiadomo, dziś na topie są żołnierze wyklęci, ułani i husaria: 

Generalnie jednak widoczna jest pewna zależność: im bardziej obskurne graffitti, tym bardziej prawdopodobne, że głosić będzie radykalne prawicowe hasła:

Podczas moich niecałych dwóch tygodni w Polsce widziałem więcej krzyży celtyckich niż podczas moich niedawnych wojaży śladami Świętego Kolumby, pioniera chrześcijaństwa i założyciela klasztoru na szkockiej wyspie Iona.

„Odzież patriotyczna” wydaje się być dość popularna. Koszulki z biało-czerwonymi opaskami, naszywki z symbolem Polski Walczącej i kiczowate wilki sławiące bohaterstwo Narodowych Sił Zbrojnych widoczne są na każdym kroku. Od przyjaciela, który współtworzy muzeum Enigmy w Poznaniu otrzymałem w podarku koszulkę z wizerunkiem trzech bohaterskich kryptologów i podpisem “To oni złamali kod Enigmy”. Kiedy pochwaliłem się nią przed kilkorgiem moich przyjaciół, jeden z nich zapytał mnie “Ok, dobrze że będziesz edukował Brytyjczyków jaka była prawda o Enigmie, ale tutaj chyba nie zamierzasz tego na siebie włożyć i paradować po ulicy w patriotycznym wdzianku jak jakiś prawicowy ćwok?”. Najwyraźniej społeczny odbiór odzieży patriotycznej jest nie do końca taki, jak wyobrażają to sobie miłośnicy tego rodzaju odzieży.

Ale wygląda na to, że dla wielu ludzi kupno koszulki z Pileckim to raczej poza niż oznaka prawdziwego patriotyzmu. Ku mojemu zaskoczeniu niedawne obchody rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego wcale nie były takie spontaniczne, jak to przedstawiali na Facebooku moi prawicowi znajomi. Jeszcze w drugim tygodniu sierpnia całe miasto oblepione było (nielegalnie) plakatami nawoływującymi w tym rzekomo spontanicznym wydarzeniu. Najwyraźniej jednak ktoś za organizacją owego wydarzenia stał.

No, ale i tak chyba wolę nawoływanie do oddania czci bohaterom i poległym w powstaniu niż do udziału w “publicznym różańcu o odnowę moralną narodu polskiego”:

Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie to, że moi przyjaciele z dwóch skrajnych pozycji na politycznym spektrum mają niemal identyczne podejście do kwestii rowerów w mieście. “Nasz prezydent to totalny lewak, więc robi wszystko, żeby rowerzyści mieli pierwszeństwo gdzie to tylko możliwe” – mówił mój prawicowy przyjaciel z Poznania, kiedy z trudem próbowałem nadążyć za nim na rowerku z miejskiej wypozyczalni. “Ale przecież ty wszędzie jeździsz na rowerze, powinieneś to doceniać” – udało mi się wydyszeć, kiedy dogoniłem go jadąc z lekkiej górki. “No, niby tak, ale jednak…” – jego odpowiedź nie zawierała zbyt wiele kontrargumentów, jednak jasnym było, że pozostanie przy swoim zdaniu.

Mój własny “totalny lewak” z Wrocławia oczywiście nie podziela poglądów ministra Waszczykowskiego jakoby cykliści byli piątą kolumną lewackiej konspiracji sponsorowanej z Brukseli, ale również i on nie jest zadowolony z rozrostu rowerowej infrastruktury. “Spójrz na te wszystkie ścieżki rowerowe, specjalne pasy, śluzy… To zajmuje tyle miejsca, a używa się tego tylko przez kilka letnich miesięcy, zamiast tego powinno postawić się na transport zbiorowy!” – argumentował.

Ci, którzy są zbyt leniwi albo nie dość lewaccy aby pedałować na rowerze mogą skorzystać z Ubera, którego popularność w Polsce rośnie gwałtownie. Równie popularny stał się on wśród ukraińskich emigrantów, bo jest to jedna z łatwiej dostępnych metod zarabiania pięniędzy. Po jednym z wieczorów w pubie znajomy zaproponował, że mogę skorzystać z zamówionego przez niego samochodu. Ponieważ kolega wysiadł wcześniej, dalszą jazdę zdezelowaną Alfą Romeo, która wyglądała jakby zawiezienie mnie do domu miało być dla niej ostatnią rzeczą zanim ostatecznie rozsypie się na kawałki, udało mi się zamienić kilka słów z sympatycznym kierowcą z Ukrainy. Podzieliliśmy się wzajemnie doświadczeniami z życia emigranta w obcym kraju. Zapytałem, czy był obiektem jakichś ataków na tle narodowościowych. “Raczej nie” – odpowiedział – “owszem, ludzie mówią, żebym wracał do siebie, wyzywają mnie od chochołów i zachowują się, jakbym osobiście mordował ich dziadków na Wołyniu, ale to jest całkowicie normalne”.

Muszę powiedzieć, że to określenie nie bardzo mi pasowało. Zarówno moje własne poglądy, jak i doświadczenie emigranta w przyjaznej obcym Szkocji stały stanowczo w kontraście do takiego traktowania mieszkających u nas obcokrajowców. Ale najwyraźniej doświadczenia Ukraińców w Polsce są diametralnie inne. Obecnie można ich spotkać we Wrocławiu na każdym kroku – według niektórych szacunków, stanowią już blisko 10% mieszkańców tego miasta. Podczas mojego pobytu kilkukrotnie byłem świadkiem rzucanych w ich kierunku w tramwajach i autobusach wyzwisk i nienawistnych komentarzy. Kiedy podczas jednej z takich akcji zareagowałem, spotkałem się jedynie z morzem zdumionych spojrzeń. O ile wzrok agresorów mówiący “a ten co, chyba cierpi na nadmiar zębów?” jeszcze był zrozumiały to już zachowanie współpasażerów nie do końca było tym, czego spodziewałem się po narodzie, który tak dumny jest ze swojej historii, w której to rzekomo zawsze byliśmy gotowi stanąć w obronie krzywdzonych. Nawet obrażane ukraińskie dziewczyny patrzyły na mnie z niedowierzaniem… Na szczęście sytuacja jakoś się sama uspokoiła, a mnie to nauczyło większej ostrożności – wolałbym, aby moja planowana za pół roku wizyta kontrolna u dentystki była jedyną koniecznością spotkań z branżą stomatologiczną. Wkrótce zrozumiałem również dlaczego sami Ukraińcy wolą się nie wychylać, kiedy na jednym z wrocławskich deptaków byłem świadkiem kontroli dokumentów obywateli Ukrainy przeprowadzanej przez wrocławskich policjantów. Wyglądało to jednak raczej jak jakaś dresiarska prowokacja: funkcjonariusze zwracali się do kontrolowanych per “ty”, używali wulgarnego języka i grozili im pobiciem, choć groźba zamaskowana była formą żartu. Dla ukraińskich chłopaków sytuacja wydawała się całkiem normalna, bezwolnie poddawali się takiemu traktowaniu, jeden nawet próbował się przypodobać policjantom rewanżując się innym dowcipem który ośmieszał jego samego oraz jego kolegów…

Wobec obywateli Polski policja nie wydaje się już być taka odważna. Wygląda na to, że piesze patrole w centrum Wrocławia muszą przyzwyczaić się do rzucanych w ich kierunku słodko-gorzkich dowcipów w rodzaju “policja idzie, chrońcie jajka, mogą mieć taser” albo “co, baterie się skończyły?” rzucone w kierunku policjantów wchodzących do sklepu elektronicznego.

Jednak jeśli przysłuchać się rozmowom mijanych na ulicy Polaków, generalnie jeśli chodzi o niedawne wydarzenia, to raczej nie jest im do śmiechu. Mnie najbardziej chyba poruszyła rozmowa zasłyszana przy sąsiednim stoliku podczas oczekiwania na zamówienie w restauracji. Dwóch dobrze ubranych facetów po trzydziestce omawiało bieżącą sytuację polityczną:
„Wiesz” – tłumaczył pierwszy z nich – “oni idą na całość, chcą przejąć kraj dla siebie. Mają już parlament, rząd, prezydenta i Trybunał Konstytucyjny, przejmują media i sądy. Wkrótce zaczną majstrować przy systemie wyborczym i to już będzie koniec – zostaną przy władzy na zawsze. Zrobią nam tu drugą Białoruś”.
“A jeśli nawet, to co?” – odpowiedział mu kolega – “Jak zwykle wypowiadasz się na tematy, o których nie masz pojęcia. Ty chociaż kiedyś byłeś na Białorusi? Bo ja byłem nie raz. Mają piękne ulice, ludzie sobie siedzą w kawiarniach jak wszędzie indziej, piwo jest tanie, wszyscy mają pracę i nie muszą się podlizywać tym bucom z Brukseli. Moim zdaniem na Białorusi żyje się całkiem dobrze”.

Rozejrzałem się wokół. Na pięknej starówce w kawiarnianych ogródkach siedzieli dobrze ubrani ludzie, popijając niedrogie piwo podawane im przez uśmiechnięte kelnerki. Głównie Ukrainki, bo już od dłuższego czasu brakuje polskich rąk do pracy tego rodzaju. I przyszła mi do głowy taka myśl: jeśli faktycznie zrobi się u nas tak, jak jest na Białorusi, to czy ktokolwiek to w ogóle zauważy?


Ten tekst powstał dla portalu Britske Listy. 

Comments

comments

One Comment

Add a Comment