Tymczasem w Absurdystanie 28


Kliknij tutaj aby przeczytać poprzedni odcinek serii

Kliknij tutaj aby zobaczyć wszystkie dotychczasowe odcinki


Fot. Paweł KulaRząd PiSu nie ma łatwego życia. Krytykują i bojkotują go niemalże wszyscy przy każdej możliwej okazji. Dopiero co zbojkotowała go cała plejada artystów estradowych po tym, jak Jacek Kurski postanowił wprowadzić politykę do Opola. Liczni zasłużeni odmawiają przyjmowania orderów z rąk prezydenta Adriana Andrzeja Dudy i innych polityków PiS. Wśród nich znalazł się niespodziewanie nawet minister Mariusz Błaszczak, któremu minister Mariusz Błaszczak przyznał medal za zasługi na rzecz ochrony przeciwpożarowej. Po tym, jak media zainteresowały się sprawą, ministerstwo poinformowało, że minister Błaszczak odmówił przyjęcia medalu. I wykazał się dobrym wyczuciem, albowiem wkrótce po tym ministerstwo poinformowało, że minister Błaszczak od siebie żadnego medalu nie dostał. Trudno więc, żeby przyjmował medale, których nikt mu nie chce wręczyć, co nie? Prawica pewnie teraz zacznie krzyczeć, że to robienie afery z niczego i że za tego rodzaju artykuły płacą Niemcy albo Soros. To ja chyba mam trochę jak minister Błaszczak, bo także odmówiłem Sorosowi przyjęcia od niego pieniędzy, których nigdy mi nie proponował…

Na szczęście jednak, w odróżnieniu od konsula w Meksyku, odmowa przyjęcia medalu nie kosztowała ministra Błaszczaka utraty pracy. Nie zapłacił stanowiskiem również za to, że przez rok nie zrobiono nic dla wyjaśnienia okoliczności śmierci na komisariacie policji we WrocławiuIgora Stachowiaka, zatrzymanego za bycie podobnym do poszukiwanego przestępcy. Dopiero wyemitowany w pierwszą rocznicę śmierci Stachowiaka wstrząsający reportaż telewizji TVN24 spowodował, że minister Błaszczak pozwalniał na odczepnego paru zamieszanych w sprawę policjantów. Na szczęście można spodziewać się, że takie rzeczy nie będą już miały miejsca. Teraz, kiedy policjanci w momencie składania przysięgi otrzymują nie tylko odznakę, ale figurkę aniołka i policyjny modlitewnik można spodziewać się, że będą w swojej pracy kierować się bardziej chrześcijańskimi wartościami niż torturowanie w ciemnym kiblu bezbronnego chłopaka w kajdankach.

W trosce o to, aby Polska kojarzyła się z krajem żyjącym w zgodnie z naukami Chrystusa, katolicką ofensywę rozpoczęło też Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Nasz kraj promować będzie, podczas swojego tournee po Ameryce Łacińskiej nie kto inny, ale sama Matka Boska Częstochowska. Lewaki, takie jak Adrian Andrzej Adrian Zandberg (sorry, zakręciłem się, w tym przypadku naprawdę Adrian) twierdzą, że to skandal. Ja natomiast uważam, że to jest okazja jakich mało: za jedyne 101 000 złotych sama Matka Boska będzie nam robić PR. Spróbujcie za te pieniądze wynająć tą Madonnę ze szparą w zębach!

Oczywiście Polska jednak mimo wszystko nie jest jednak jeszcze religijną dyktaturą. Skądże znowu, u nas ludzie religijni i ateiści mają takie same prawa. Nie jest więc niczym dziwnym, że również projekty niezwiązane z religią, takie jak np. głoszenie w świecie prawdy o bohaterskich Polakach ratujących Żydów w czasie Holokaustu są zlecane księdzu Rydzykowi. A co to, ksiądz Rydzyk gorszy niż jakiś ateista? Ma takie same prawo stawać do przetargów jak każdy inny. Jakbyście mieli takie doświadczenie w tej dziedzinie, tylu ekspertów i przygotowali taki świetny projekt, to też byście mogli dostać pół miliona! Że co, mówicie? Że Rydzyk nigdy niczym takim się nie zajmował, że jego uniwersytet to w najgorszym razie wydmuszka do ciągnięcia kasy z budżetu a w najlepszym kuźnia pisowskich kadr propagandowych i że można by taką pracę zlecić doświadczonym organizacjom i ekspertom? Wy żałośni zawistnicy, małe gestapowskie elementy animalistyczne! Zazdrość was zżera i tyle, może maści na ból dupy?

Kolejnym sukcesem Ministerstwa Spraw Zagranicznych jest zapewnienie Polsce pozycji niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Fakt, że starania o to zaczął już Radek Sikorski, że Polska była jedynym kandydatem, i że nikt się temu nie sprzeciwiał, podobnie, jak się nie sprzeciwiano temu, aby Polska pełniła tą funkcję w czasach stalinizmu albo za Jaruzelskiego, nie przeszkadza PiSowi w odtrąbieniu wielkiego sukcesu. Według nich to nie tylko podważa tezę, jakoby po fiasku z zamachem na Tuska z Polską nikt się nie liczył, ale także pomoże doprowadzić do ujawnienia prawdy o katastrofie zamachu w Smoleńsku. To jednak może potrwać, a że PiS bez grzebania w trumnach nie potrafi wyobrazić sobie życia, na razie wziął na warsztat nieco starsze zwłoki. Zdecydowano się na sprowadzenie do Polski ciała Karola Rzepeckiego. Zapewne nie wiecie kto to – był to jeden z oficerów armii rosyjskiej, który zginął w Turcji podczas jednego z licznych konfliktów między tymi dwoma państwami, które miały miejsce w XIX wieku. Nie martwcie się jednak, jesteście ostatnim pokoleniem ignorantów. Karol Rzepecki był bowiem dziadkiem Danuty “Inki” Śledzikówny, młodej żołnierki Armii Krajowej, która odmówiła wykonania rozkazu o złożeniu broni po II Wojnie Światowej i kontynuowała walkę przeciwko reżimowi komunistycznego, za co została skazana na śmierć. Dziś została ona wybrana na jedną z głównych postaci nowego patriotycznego panteonu. A zatem wszystko, co ma z nią choćby i najmniejszy związek zostanie rozdmuchane do absurdalnego poziomu i wykorzystane w grze politycznej lub do radykalizowania polskiej młodzieży.

Co do młodzieży, pierwsze efekty pisowskiej ofensywy w dziedzinie edukacji były już widoczne podczas dorocznego posiedzenia Parlamentu Dzieci i Młodzieży w Dzień Dziecka. Na szczęście dla młodocianych posłów mogli oni bez problemu korzystać z sejmowej infrastruktury, ponieważ została ona już, zapewne niejednokrotnie, poświęcona. Ich koledzy z lokalnego klubu piłkarskiego w Kielcach nie mieli tyle szczęścia: przez dłuższy czas nie pozwalano im korzystać z nowo wybudowanej szatni, ponieważ nie była ona jeszcze pokropiona wodą święconą. Możecie się śmiać, ale biorąc pod uwagę to, jak skrzywiony na prawo był tegoroczny Parlament Dzieci i Młodzieży, dla wielu posłów było to zapewne zagadnienie istotne. Miejmy nadzieję, że ilość nacjonalistyczno-prawicowego rzygu, która lała się w tym dniu z sejmowej trybuny zawdzięczać możemy jedynie tendencyjnemu wyborowi tegorocznej reprezentacji młodego pokolenia, jednak fakt, że młodzi mówcy, tacy jak ten:

zdobywają poklask nie tylko w kraju, ale i za granicą sugeruje raczej, że problem jest znacznie poważniejszy.

Na szczęście jednak dla widocznego powyżej nastolatka, nie będzie musiał długo czekać na upadek Unii Europejskiej. Przynajmniej jeśli dać wiarę ministrowi Błaszczakowi, który podczas niedawnego pobytu w Brukseli zauważył na jej ulicach uzbrojonych żołnierzy, samochody bojowe i czołgi. Szczególnie przerażające są to wieści w świetle faktu, że na stanie belgijskiej armii nie znajduje się ani jeden czołg – mogłoby to oznaczać, że czołgami tymi nadjechali z Bliskiego Wschodu islamscy nachodźcy!

Na szczęście Polska to nie Belgia i zawsze możemy liczyć na geniusz naszego ministra obrony. Antoni Macierewicz nie boi się odważnych rozwiązań. Taka na przykład flotylla podwodna marynarki wojennej – wymaga rychłego odświeżenia bo poza jedną radziecką łodzią z lat osiemdziesiątych wszystkie jej jednostki pamiętają jeszcze Władysława Gomułkę. Albo raczej Pera Bortena, bo są to jednostki z demobilu marynarki norweskiej…

Ponieważ tak się składa, że Norwegia i Niemcy również planują zakup dla swoich podwodniaków nowych zabawek, mówiło się o tym, że w ramach natowskiej współpracy nasze państwa wybiorą się na zakupy wspólnie. Ale Antoni Macierewicz jak zwykle ma lepszy pomysł: Polska zbuduje sobie łodzie podwodne sama, a poza rakietami i torpedami będą przenosić na pokładzie również samoloty! Nic to, że z pomysłem takim eksperymentowano w latach dwudziestych i czterdziestych ubiegłego wieku a następnie zarzucono go jako bezsensowny. W końcu polskie powiedzenie mówi “człowiek mądry uczy się na cudzych błędach”. A my się będziemy uczyć na własnych, bo rządzi nami PiS…

Innym nieszablonowym pomysłem Ministerstwa Obrony jest wizja tego, jaką rolę w obronności będą pełnić weekendowi żołnierze Obrony Terytorialnej. W większości krajów takie formacje wykonują role pomocnicze, nasi gieroje jednak będą stawiać czoła specnazowi i przy użyciu ręcznego uzbrojenia masowo niszczyć rosyjskie czołgi. O ile armia w ogóle fakt ich obecności na naszym terenie ogarnie, bo jak na razie z tym kiepsko. Niedawno pięć ukraińskich czołgów w drodze na wojskowe zawody w Niemczech przejechało przez Polskę bez żadnego nadzoru ze strony MON. Służby prasowe MON informują, że nie występowała potrzeba bliższego przyglądania się tej sprawie, ponieważ czołgi transportowane były przez firmę prywatną. Także ten, panie Putin, jakby pan chciał najechać Polskę, to niech się pan nie bawi w żadne forsowanie granic, tylko wypożyczy od jakiejś firmy budowlanej parę lawet, na których na co dzień jeżdżą walce i koparki i nikt pana czołgistów nie będzie niepokoić. A i na paliwie się zaoszczędzi.

Tymczasem prezydent Duda znowu ma ciężki okres. Sąd Najwyższy uznał, że ułaskawienie Mariusza Kamińskiego było przekroczeniem kompetencji prezydenta (thank you, captain obvious!). Wyrok potwierdził, że logika w Polsce wciąż obowiązuje i żeby kogoś można było ułaskawić, musi być on najpierw prawomocnie uznany za winnego. “Uwalnianie wymiaru sprawiedliwości od problemu” nie leży w kompetencjach prezydenta. Służby prasowe w pałacu namiestnikowskim od razu ruszyły do gorliwej obrony swojego pryncypała, przedstawiając listę prac uznanych ekspertów w dziedzinie prawa, które to prace można zinterpretować w sposób, który sugerowałby, że prezydent jednak ma prawo ułaskawiać swoich partyjnych kolesi w dowolnym momencie. Zrobiła się mała zadyma, bo niektórzy autorzy umieszczonych na liście prac protestowali przeciwko wycierania sobie gęby ich nazwiskiem w celu bronienia łamania przez Andrzeja Dudę konstytucji. Szczególną kompromitacją dla prezydenckich prawników był głos wnuczki jednego z cytowanych autorów, która słusznie zwróciła uwagę, że jeżeli książka jej dziadka została wydana 60 lat temu, to siłą rzeczy musiała rozpatrywać kwestie ustroju komunistycznego i nie mogła się żadną miarą odnosić do tego, jakie kompetencje prezydentowi nadaje konstytucja z 1997 roku. No ale to wiadomo, skoro jej dziadek był autorytetem prawniczym za komuny, to to jakieś resortowe dziecko jest, więc kto by tam takiej słuchał.

Tymczasem wyrok Sądu Najwyższego spowodował jeszcze bardziej zmasowane ataki PiSowskich mediów na środowisko sędziowskie. Przedstawia się je jako bandę stetryczałych komunistów, którzy w przerwach pomiędzy byciem korumpowanymi a drobnymi kradzieżami w sklepach knują nad tym, jak by tu obalić legalnie wybrany rząd. Na szczęście posłanka Krystyna Pawłowicz ma propozycję, jak radzić sobie z ludźmi owego sortu: można nauczyć ich demokracji poprzez poddanie ich procesowi reedukacji w obozach. System ów wzorowany byłby na rozwiązaniach znanych z Korei. Tej lepszej, oczywiście, żyjącej w myśl ideologii Dżucze.

W sumie pomysł ten wydaje się naturalny dla ludzi, którzy świat widzą przez PiSowskie okulary. Przykładem takiego myślenia jest niedawna wypowiedź Jarosława Gowina, któremu rząd jawi się jako  “grupa komandosów wrzuconych na obcy teren”. Na terenie owym problemy komandosom sprawiać będą jednak nie jacyś konkretni wrogowie, ale rzeczywistość. Cóż, jeśli ministrowie rządu PiS rozumieją swoją funkcję jako walkę na śmierć i życie z rzeczywistością to myślę, że wiele to wyjaśnia.

Podczas jednak gdy rząd bojuje z nią na pierwszej linii, sam Wielki Strateg Jarosław z sukcesem ograniczył swoje kontakty z rzeczywistością do minimum. Niedawny tekst w Newsweeku potwierdził, że żyje on w kokonie stworzonym przez najbliższych współpracowników, którzy nie tylko karmią go i ubierają, ale zapewniają mu również strawę duchową, drukując mu co ciekawsze teksty z internetu (jeśli pan to czyta, panie prezesie, proszę trzy razy zaszeleścić kartką!). Bezpiecznie odcięty od świata realnego, prezes może opracowywać swoje przemyślne strategie, które pozwolą Polsce powstać z kolan i raźnym krokiem udać się tam, gdzie była w najciemniejszych czasach PRL.

No, ale nie bądźmy tacy surowi. Spojrzenie w przeszłość nie zawsze jest rzeczą złą. W takim na przykład Wolsztynie, gdzie znajduje się ostatnia w Europie czynna parowozownia, dzięki miłośnikom kolei udało się znów doprowadzić do tego, że niektóre zwyczajne pociągi znów na co dzień prowadzone są trakcją parową. To jest zapewne jedna z niewielu rzeczy, która sprawi radość tak mnie, jak i najważniejszym osobom w PiS. Ja cieszę się, bo uwielbiam parowozy. Jarosław Kaczyński, bo zgodnie z postulatem, który wygłosił przy okazji obwiniania Tuska za zakup pociągów Pendolino parę lat temu, polskie pociągi będą znowu ciągnięte przez polskie lokomotywy. I to nie byle jakie lokomotywy, ale Pt47 czy Ol49, pamiętające piękne czasy dzieciństwa prezesa. A minister Szyszko ucieszy się, bo parowozy napędzane będą polskim węglem, który według niego jest najekologiczniejszym paliwem na świecie. A to miła odmiana, kiedy wreszcie coś idzie po jego myśli, szczególnie w czasach, kiedy banda tych cholernych marksistowskich lewaków psuje mu szyki, blokując wycinkę Puszczy Białowieskiej.

Dzieje się także w kulturze: była żona posła PiS i aktywna działaczka tej partii, która niedawno wyszła z propozycją zmian w prawie, uniemożliwiającą rozwodnikom i kawalerom pełnienia funkcji posła, napisała wiersz dla swojego ex-męża, który własnoustnie odczytała na antenie jednej z niszowych prawicowych telewizji:

Nie wiem jak Wy, ale ja już mam dość prawicowej poezji na jakiś czas.

Last, but not least, Smoleńsk. Ekshumacje zwłok ujawniły, że podczas pośpiesznego procesu identyfikacji zmasakrowanych w katastrofie lotniczej zwłok popełniono pomyłki, w wyniku których niektóre trumny zawierają fragmenty ciał więcej niż jednej osoby. Dla niektórych to ostateczny dowód na to, że doszło do zamachu: w końcu w zwyczajnej katastrofie nie doszłoby do takiego rozczłonkowania zwłok. Dla udowodnienia tej tezy nie trzeba nawet gotować parówek ani rozwalać blaszanej szopy bombą San-Eskobaryczną: wystarczy przypomnieć sobie Roberta Kubicę, który bolidem Formuły 1 wjechał w ścianę z dużą prędkością, a prawie nic mu się nie stało. Dla innych jednak fakt, że w wykopanej z ziemi poraz n-ty trumnie bliskiej osoby znaleźli kawałek palca innej ofiary to zwyczajnie okazja do tego, aby po raz kolejny pozwać państwo polskie o sowite odszkodowania za traumę i straty moralne.

A reszta? A reszta Polaków kolejne smoleńskie dochodzenia ma tam, gdzie Adrian Duda konstytucję.

…znaczy ten, nie Adrian tylko Andrzej…

 


Tekst opublikowany w portalu  Britske Listy.
Zdjęcie: Paweł Kula via www.sejm.gov.pl (dozwolony nieodpłatny użytek).

Comments

comments

One Comment

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *