Tymczasem w Absurdystanie 39


Kliknij tutaj aby przeczytać poprzedni odcinek serii

Kliknij tutaj aby zobaczyć wszystkie dotychczasowe odcinki


“Liberalno-lewackie środowiska najpierw propagują wśród dzieci i młodzieży podatnych na różne niestandardowe zachowania – nienaturalne postawy i relacje, a potem, gdy te zaburzone zachowania są przez rówieśników brutalnie wytykane, i w skrajnych sytuacjach kończą się tragicznie, to lewaccy ideolodzy patologii obyczajowych odwracają kota ogonem i fałszywie, bezczelnie lamentują nad “morderczą nietolerancją” rówieśników. Nie siejcie patologii, nie będzie jej śmiertelnego żniwa. Nie demoralizujcie dzieci i młodzieży, dajcie im w spokoju, zgodnie z naturą przeżyć ich dzieciństwo i młodość” – tak na samobójstwo kolejnego ucznia szykanowanego w szkole za swoją odmienną orientację seksualną zareagowała Krystyna Pawłowicz. Miałem zamiar dołączyć do bojkotu i ignorować ją, bo jest to chyba po prostu chora kobieta żyjąca nienawiścią – nie tylko tą, którą rozsiewa sama, ale także wydaje się pławić z radością w całym hejcie, który słusznie spływa na nią za każdym razem, kiedy wyrzyga znowu trochę żółci w mediach społecznościowych. 

Ale ta seria, choć pisana trochę z przymrużeniem oka, ma na celu pokazanie na poważnie problemów, z którymi boryka się Polska pod rządami PiS. Bo tu nie chodzi tylko o kiepski rząd. Tu chodzi o to, że kraj nasz doświadcza gwałtownych przemian społecznych na niespotykaną skalę: to, co jeszcze 10 lat temu byłoby czymś oburzającym i niesłychanym, dziś przyjmuje się ze wzruszeniem ramion, tak nam już to wszystko spowszedniało. Cytując klasyka – jesteśmy w dupie i powoli zaczynamy się w niej urządzać.

Nawet na politykę nie da się już patrzeć “po staremu”. Dla PiSowców to, co stało się dwa lata temu, to nie była normalna zmiana władzy, jakie regularnie zdarzają się we wszystkich cywilizowanych krajach. To była, że zacytuję senatora Waldemara Bonkowskiego “akt opatrzności boskiej”, bo jeśli przy władzy byłby wciąż poprzedni rząd, mogliby do naszego kraju zaproszeni zostać jacyś uchodźcy, co dla Bonkowskiego jest dużym problemem. “Byście nam tu zafundowali piekło, gdybyście wpuścili tu tę kulturę” – zwrócił się podczas obrad to senatorów opozycji. – “Tych ludzi nie da się ucywilizować” – dodał, z pozycji znawcy tematu a wkrótce wyjaśnił skąd bierze się jego ekspercka wiedza: był w Egipcie i w Ziemi Świętej: “byłem kilka lat temu i byłem teraz. Myślałem, że coś się polepszyło. Jeszcze jest gorszy… Jest brud, brud i brud. Powiem nawet kolokwialnie: syf, kiła i mogiła”. Z zapałem godnym podróżnika Cejrowskiego relacjonował swoje wojaże: ” Nie chcę obrazić polskich chlewni. Jak byście z salonu weszli do chlewa. Nie! Bo w polskich chlewach jest czysto”.

Jeśli takie słowa padają z mównicy w izbie wyższej polskiego parlamentu, do niedawna uważanej za tą nieco bardziej cywilizowaną, to co się dziwić, że ksiądz-faszysta Jacek Mędlar, którego Wielka Brytania uznała za siewcę nienawiści i odmówiła mu wjazdu na teren swojego państwa może cieszyć się umorzeniem śledztwa prowadzonego przeciwko niemu z paragrafu o mowie nienawiści. Czy kogoś dziwi, że inni przywódcy faszyzujących ugrupowań nacjonalistycznym także mogą czuć się bezkarni?

Cóż, ale może po prostu PiS uważa, że ktoś musi edukować dzieci, bo na zdeformowane polskie szkoły raczej nie co liczyć, że będą w stanie kogokolwiek nauczyć czegokolwiek, nawet, jeśli miałaby to być pisowska prawicowa propaganda. Wraz z rozpoczęciem roku szkolnego media społecznościowe zalały wiadomości od przerażonych rodziców, punktujących skandaliczne błędy w nowych podręcznikach. Nawet takie podstawowe sprawy jak barwy narodowe nie mogą czuć się bezpiecznie, o czym świadczy ten podręcznik do języka Niemieckiego w którym najwyraźniej w miejscu Polski znalazła się nagle Indonezja:

Z podręcznika do geografii uczniowie mogą dowiedzieć się, że osiedlanie ludzi innych kultur i religii może w przyszłości doprowadzić do napięć obserwowanych dziś w wielu krajach Europy. Książka do biologii to w zasadzie już dobrze znany podręcznik, ale nie bez pewnych zmian. Na przykład z nowej wersji można dowiedzieć się, że antykoncepcja jest szkodliwa. Ta informacja zastąpiła zdanie, które mówiło o tym, że antykoncepcja hormonalna jest skuteczniejsza niż tzw. “metody naturalne”. Lista błędów jest dłuższa niż droga z Warszawy do Torunia, ale wydaje się, że udało się także wprowadzić pewne celowe zmiany. Mój znajomy zwrócił uwagę, że w podręczniku do historii jego córki tekst o prasie w Polsce jest zilustrowany kolażem pierwszych stron gazet (głównie prawicowych). Najbardziej rzuca się w oczy wywiad z Kaczyńskim, w którym oskarża on PO o to, że poszło w ślady SLD i porzuciło program naprawy Polski. Przypadek? Nie sądzę…

A to są jeszcze książki kontrolowane przez rząd. Bo na przykład na podręczniki do religii państwo praktycznie nie ma żadnego wpływu – katecheza, choć finansowana z kieszeni podatnika, ma w polskich szkołach status de facto eksterytorialny. Ze swoich podręczników do religii uczniowie dowiedzą się, że antykoncepcja to robienie z kobiecego łona śmietnika i że kondomy nie dość, że są nieskuteczne, to jeszcze powodują zapalenia. Według Kościoła masturbacja jest gorsza niż bomba atomowa. Nie wiem jak Wy, ale ja z dwojga złego wolałbym, żeby Trump z Kimem zamiast obrzucać się bombami atomowymi masturbowali się – choćby i nawzajem…

Tak czy tak, nikogo chyba nie dziwi, że rodzice i nauczyciele nie są zachwyceni. Zapragnęli dowiedzieć się, kto stoi za nowymi programami szkolnymi. Ministerstwo Edukacji odmówiło podania tej informacji zasłaniając się prawem do prywatności swoich “ekspertów”. Jednak po przegranej sprawie w sądzie nazwiska autorów nowej podstawy programowej będą musiały zostać ujawnione.

Premier Szydło tymczasem twierdzi, że nie słyszała żadnych krytycznych głosów w sprawie reformy edukacji. Najwyraźniej ogląda tylko TVP… Ale nieważne na jak wysokie obroty wkręciliby się pisowscy kłamcy, podawane przez nich informacje kruszą się po zetknięciu z prawdą niczym bryłka lodu zrzucona na beton. Na przykład choć Ministerstwo Edukacji wciąż opowiada bajki o tym, jakoby miejsc pracy dla nauczycieli miało przybywać, ZNP policzyło na swojej stronie że blisko 10 000 nauczycieli straciło pracę a kolejne 20 000 nie jest w stanie uzbierać sobie pełnego etatu. Kolejne dziesiątki tysięcy uzbierały pełne pensum tylko dlatego, że będą podróżować pomiędzy różnymi szkołami niczym przedstawiciele handlowi, oferując uczniom każdej z nich po kilka-kilkanaście godzin tygodniowo. Chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego będzie to logistycznym koszmarem dla dyrektorów szkół, co jak zwykle najbardziej odbije się na dzieciach?

Tak czy tak, aż strach myśleć jakie efekty przyniesie pisowska zdeformowana edukacja. Szczególnie jeśli popatrzeć na to, jaki poziom prezentuje dzisiejsze młode pokolenie pisowców, wykształcone jeszcze przecież w starym systemie. Jak możecie pamiętać z poprzedniego odcinka, Samuel Pereira, który szlify dziennikarskie zdobywał w prawicowych pisemkach ma podstawowe problemy ze zrozumieniem cyfr i liczb. Jego kolega Michał Rachoń zrobił z siebie pajaca oskarżając Gazetę Wyborczą o to, że pozwala politykom opozycji pisać artykuły o sobie samych. Gazeta odpowiedziała mu w podszytym kpiną uprzejmym liście otwartym, tłumacząc, że widniejące nad artykułem nazwisko prezydenta Sopotu to nie podpis autora (bo ten znajduje się pod artykułem) a tag, pomagający grupować artykuły o podobnej tematyce w internecie. Redakcja “Wyborczej” podejrzewa, że pan redaktor Rachoń może być po prostu przyzwyczajony do tego, że w prawicowych szmatławcach, w których artykuły piszą albo pełnoetatowi propagandziści, albo ludzie, którzy wstydzą się publikować pod własnym nazwiskiem, faktycznie można spotkać autorów takich jak  “Anatomia Manipulacji” albo “Ciekawa Opinia”, ale w Agorze wciąż jednak ostało się kilku nie zwolnionych jeszcze dziennikarzy, więc nie ma potrzeby aby artykuły o sobie pisały Festiwal Filmowy czy Budżet Obywatelski…

No, ale z drugiej strony to pewnie też dlatego w “Gazecie Wyborczej” nie przeczytamy prawdy, na przykład takiej, że nasza ekonomia ma się świetnie a pracownikom żyje się jak pączkom w maśle. No chyba, że mowa o tych niewolnikach z Korei Północnej, których setki wciąż, pod ścisłą kontrolą swoich agentów politycznych, zatrudniani są przez polskie agencje pośrednictwa pracy. Organizacje zajmujące się prawami człowieka biją na alarm, tymczasem jedyną odpowiedzią rządu w tej kwestii jest zdziwienie, że czepiają się Polski, a przecież inne kraje UE także zatrudniają ludzi poddanych Kim Dzong Una.

No, ale choć ci pewnie nie mają zbyt wiele możliwości poruszania się na własną rękę, być może turyści z krajów położonych na południe od Polski chcieliby przyjechać do naszego kraju koleją? Jeśli tak, mam dla Was, Czesi, Słowacy, Austriacy i Węgrzy, dobre wieści. Zapowiedziano zmiany w rozkładzie jazdy PKP, dzięki którym międzynarodowy pociąg Inter-City Chopin relacji Wiedeń-Warszawa dołączy do dwóch innych międzynarodowych pociągów łączących Kraków z Budapesztem i Pragą i zatrzymywać się będzie w 12 000 mieście rodzinnym pani premier. Według kolejarzy stacja w Brzeszczach ma “wielki potencjał”. Najwyraźniej tak wielki, że warto było puścić tędy pociągi, które dotychczas zatrzymywały się w stolicy trzy milionowej aglomeracji – Katowicach. Na razie jeszcze nie wiadomo, czy pociągi zatrzymywać się będą na stacji Brzeszcze:

czy na stacji Brzeszcze-Jawiszowice:

więc zamieszczam linki do Google Streetview do obu z nich, aby każdy z czytelników mógł sobie sam porównać potencjał pasażerski obu z nich z dworcem głównym w Katowicach:

A to nie jest jeszcze ostatnia z transportowych rewolucji, którą przyniesie nam Dobra Zmiana. Pamiętacie ten Centralny Port Lotniczy, który obiecał nam PiS a wszyscy inni łapali się za głowę, że budowa wielkiego lotniska w szczerym polu nie ma żadnego ekonomicznego sensu?  Jeśli nie pamiętacie, pisaliśmy o nim w 21. części tego cyklu. Otóż kwestie braku potencjalnych pasażerów rozwiąże się w sposób tak prosty i genialny, że aż dziw, że nikt inny nie wpadł na niego wcześniej. Po prostu, zamkniemy Okęcie, największe lotnisko w kraju, z którego korzysta 40% pasażerów (w 2017 roku tylko od stycznia do sierpnia przewinęło się przez nie ponad 10 000 000 pasażerów). A jak już pojawi się zapotrzebowanie na lotnisko będące w stanie obsłużyć taki ruch, wtedy wybudowane gdzieś między Grodziskiem Mazowieckim a Sochaczewem lotnisko Baranów (czy ten PiS musi wszystko nazywać po Kaczyńskich?) będzie jak znalazł. Totalna Opozycja furiacko atakuje projekt, wskazując na to, że przecież lotnisko to nie tylko pasażerowie, którzy może i byliby w stanie dojechać na środek niczego, ale przecież w takim wielkim porcie lotniczym pracują tysiące osób, które nie będą przecież codziennie dojeżdżać tam z Warszawy, wiec będą musieli mieć gdzie mieszkać, robić zakupy, posyłać dzieci do szkoły… Najwyraźniej nie słyszeli, że polska sprzedawczyni gazet w lotniskowym sklepiku to i pod drzwiami od stodoły zamieszka…

No, ale wystarczy już tego najeżdżania na PiS. Bo w tym tygodniu ciekawe rzeczy działy się też po przeciwnej stronie politycznego spektrum. Po tym, jak jeden z posłów Kukiza wyskoczył z tym sucharem, że feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść lodówkę na trzecie piętro Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z partii Razem wezwała go, aby udowodnił swój maczyzm i wniósł jej lodówkę do mieszkania po stromych schodach kamienicy. Cała lewica piała z zachwytu jak to mu sprytna feministka nie pokazała, ja jednak nie przyłączyłem się do tego chóru: w końcu jeśli chciała udowodnić mu, że gada bzdury, z pewnością lepsze efekty osiągnęłaby wnosząc lodówkę na górę samodzielnie?

Na szczęście inne feministki stanęły na wysokości zadania: dziennikarki kobiecej redakcji portalu wp.pl opublikowały fotoreportaż ze swojej akcji wnoszenia lodówki po schodach. W akcji “lodówka” udział wzięły cztery kobiety (nie licząc fotografki) więc to również nie przyniosło zamierzonych efektów, bo natychmiastowo rzesze męskich szowinistycznych świń zaczęły sobie podkpiwać że jeśli do roboty zwykle wykonywanej przez dwóch facetów potrzebne są cztery babki, to może fakt, że kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni nie jest jednak skandaliczną dyskryminacją?

Dla mnie to wszystko jest śmieszne. Co prawda żyję tylko na trzecim piętrze, ale kiedy ostatnio zakupiliśmy ciężki mebel, wniosłem go do mieszkania wspólnie z moją dziewczyną. Bo do noszenia lodówek i innych mebli po schodach nie potrzeba ani feministek, ani maczo. Potrzeba po prostu dwie osoby, które potrafią ze sobą współpracować nawet, jeśli wiele je różni. Może ta oczywista prawda dotrze kiedyś do polskich polityków – tak po prawej, jak i po lewej stronie sceny.

Z OSTATNIEJ CHWILI:

Prezydent Duda wyskoczył z własnym projektem reformy sądów. Proponowana przez niego ustawa też jest oczywiście niezgodna z konstytucją, ale tylko troszeczkę. Dlatego prezydent Duda zaproponował, żeby troszeczkę ją zmienić. Jeśli mieliście nadzieję, że chciał zmieniać swój projekt ustawy, to jesteście rozczulająco naiwni: pomysł tego, żeby coś zrobić zgodnie z konstytucją wciąż jednak jest dla niego abstrakcją: w celu przepchnięcia swojego pomysłu prezydent Duda chciał dostosować do niego ustawę zasadniczą.

Dziwnym trafem pomysł nie chwycił…


Tekst powstał dla portalu Britske Listy.
Zdjęcie: Budynek w Brzeszczach – Andy Mendyk via Panoramio (CC 3.0) 

Comments

comments

One Comment

Add a Comment