Tymczasem w Absurdystanie 50


Kliknij tutaj aby przeczytać poprzedni odcinek serii

Kliknij tutaj, aby zobaczyć wszystkie dotychczasowe odcinki


Najwyraźniej “Atlas Kotów” (czytaj tutaj) nie wystarczył aby odwrócić uwagę od faktu, że PiS jest własnie na ostatniej prostej w wyścigu o przejęcie sądów. Już się trochę nawet wyluzowali. Krystyna Pawłowicz otwarcie przyznaje, że prawo na które oddała głos jest sprzeczne z konstytucją. Stanisław Piotrowicz, z racji swojego doświadczenia jako prokurator komunistycznego reżimu obsadzony w roli pilotującego te zmiany, nawet nie próbuje udawać, że wprowadzane są one w sposób demokratyczny. Wyłącza mikrofon zawsze, kiedy posłowie opozycji mówiąc coś “bez związku” (czyli nie popierają zmian). Poprawki rzucane są na stół i od razu głosowane – nawet posłowie PiS nie mają czasu się z nimi zapoznać i głosują po prostu z automatu. Te zachowania oburzają opinię publiczną, nic więc dziwnego, że potrzebne było jakieś odwrócenie uwagi. I stąd nowy premier.

Po prawdzie o rekonstrukcji rządu mówiło się już od pewnego czasu. Kiedykolwiek PiS potrzebował zająć media czymś innym niż kolejne skandaliczne naruszenie zasad demokracji, wypuszczało się jakieś plotki i media miały używanie przez dwa dni. W końcu opozycja się zniecierpliwiła i sama wystąpiła z wnioskiem o wotum nieufności. Beata Szydło żarliwie broniła swojej pozycji, oskarżając poprzedni rząd o przekręty i afery nawet nieco bardziej niż zwykle. Jak dla mnie to samo w sobie mogłoby stanowić powód jej odwołania – po dwóch latach rządów PiS można by się było spodziewać, że winni zostaliby już postawieni przed sądem. No chyba, że oskarżenia są wyssane z palca i trzeba było czekać na przejęcie sądów.

Przemowa Beaty Szydło zachwyciła jej partię do tego stopnia, że po jej wysłuchaniu uznali, że nie muszą już słuchać niczego innego i wyszli z sali plenarnej. Prawicowe media beczały “Beata Szydło dobrze, inny premier źleee-e-ee-e”.  Internetowi klakierzy PiS włazili sobie na głowy, żeby tylko udowodnić, który z nich bardziej uważa Beatę Szydło za premier milionlecia. Jak już opozycja się wygadała, posłowie PiS wrócili na salę i oczywiście w głosowaniu wniosek o wotum nieufności upadł. Bo wszystko to było gierką – każdy Polak wie, że to nie opozycja decyduje kto ma być premierem, odwołać Beatę Szydło może tylko Jarosław Kaczyński.

I tak zrobił kilka godzin później. Czyli w tym samym dniu Beata Szydło otrzymała od niego bukiet kwiatów w podzięce za to, jakim świetnym premierem była, oraz kopa w dupę. Zamieniła się miejscami ze swoim dotychczasowym zastępcą. Prawicowe media już były przygotowane i momentalnie zmieniły melodię. Od teraz beczą “Beata Szydło dobrze, Mateusz Morawiecki Leee-e-e-eeepiej”. Momentalnie internet zalały przygotowane na tą okoliczność hagiografie Morawieckiego. Usłyszeliśmy ckliwą historię o tym, jak Mateusz Morawiecki, przemawiający jako prezes dużego banku, zapytany o to, co daje mu najwięcej motywacji w pracy managera odpowiedział, że jest to los Polski. Dowiedzieliśmy się, że jest pobożnym katolikiem do tego stopnia, że nie chcąc urazić gospodyni, która w piątek podała mu pierogi z mięsem odmową posiłku, obiad zjadł, ale z pierogów ogryzł tylko brzegi pozostawiając mięsny farsz na talerzu. Dla mnie jest oczywiste, że autorzy tych tekstów zafascynowani są wiekopomnym dziełem Michaiła Zoszczenki “Opowiadania o Leninie”.

Niestety wraże media wolały “Opowiadania o Morawieckim” innego rodzaju, podając fakty, które, jeśli ktoś był  na tyle naiwny, żeby oczekiwać jakichś zmian, wyzbyć czytelnika wszelkich złudzeń. Przywołano na przykład niedawny wywiad, którego Morawiecki udzielił mediom Tadeusza Rydzyka, w którym powiedział: “Chcemy przekształcać Europę. Chciałbym na nowo ją rechrystianizować, bo w wielu miejscach nie śpiewa się już kolęd, kościoły są puste, to bardzo smutne”. (Muszę zapamiętać, żeby, jeśli kiedykolwiek zdarzy się po temu okazja, zapytać Morawieckiego gdzie w Europie nie śpiewa się już kolęd. Z chęcią robiłbym tam zakupy przez cały grudzień, a być może nawet byłbym skłonny przeprowadzić się tam, bo jak na razie kolędy wychodzą mi uszami gdzieś od trzeciego tygodnia listopada). Złośliwie przypomniano też kompromitujący wywiad z Deutsche Welle, w którym Morawiecki powiedział, że prawo wcale nie jest najważniejsze (pisaliśmy o tym tutaj). A jeśli ktoś wciąż łudził się, że będą jakieś zmiany to wystarczy przyjrzeć się nowemu-staremu rządowi: nie zmieniono ani jednego ministra. Nawet ci najbardziej skompromitowani, jak Szyszkodnik czy Waszczo da Gamoń, zostali. Jedyną zmianą było to, że Beata Szydło została wicepremierem własnego rządu. No i zapewne po 40 000 zł odpraw na głowę, bo w końcu ministrowie zakończyli pracę w poprzednim rządzie, a ten jest zupełnie nowy, co nie? Niektórzy mówią, że Morawiecki nie bedzie w stanie fizycznie sprostać dalszemu kierowaniu swoim superministerstwem i pełnieniu dodatkowo obowiązków premiera, ale wszyscy przecież wiemy, że krajem rządzi nie premier, ale prezes, więc to w sumie żadna różnica kto w danej chwili jest jego ulubioną pacynką.

Więc po co w ogóle była ta zmiana? Czy naprawdę chodziło tylko o to, żeby media się czyms zajęły w momencie, kiedy kolanem przepychane są ostatnie zmiany w prawie dotyczącym sądów? A może chodziło o coś więcej? Na przykład o pokazanie Dudzie jego miejsca? Konflikt prezydenta z ministrem Macierewiczem było coraz bardziej widoczny, mówiło się nawet o tym, że Andrzej Duda nie zgodzi się zaprzysiąc nowego rządu jeśli nie zmieni się w nim minister obrony. Jakoś jednak podpisał wszystkie nominacje bez szemrania (czy ktoś jest tym w ogóle zaskoczony?). Według Romana Giertycha chodziło właśnie o to: Kaczyński chciał po prostu pokazać Dudzie, że jest nikim.

Możliwe jednak również, że zmiany to wynik jakichś wewnętrznych tarć w PiS. Kaczyński nie robi się młodszy i ostatnio miał jakieś problemy ze zdrowiem, więc ponieważ Polska została już praktycznie przejęta przez PiS z przyległościami, zaczyna się walka o władzę w kręgu wewnętrznym, który nie musi się już martwić o to, że w jakikolwiek sposób zaszkodzi mu opozycja. A przecież wybory lokalne zbliżają się wielkimi krokami, a to zwykle jest momentem, w którym nagradzani są najwierniejsi współpracownicy. Szczególnie, że głosy Polaków mają tu coraz mniej do powiedzenia. Mówi się o tym, że PiS ma zlikwidować wybory bezpośrednie na prezydentów miast. Nowe prawo wyborcze ułatwiać też będzie ewentualne fałszerstwo: według obecnego prawa głos jest ważny jeśli tylko jedno pole wyboru jest zaznaczone dwiema krzyżującymi się liniami. Jeśli ktoś się pomylił, to jedyne co może zrobic, to zniszczyć swoją kartę i oddając nieważny głos. Teraz będzie można zamazać “X” w jednym polu i postawić nowy obok, a głos wciąż będzie ważny i liczony jako oddany na tego kandydata, przy którego nazwisku znajduje się niezamazany znak “X”. Tylko jak sprawdzić, czy zamazanie jednego X i postawienie drugiego obok odbyło się przed wrzuceniem karty do urny, czy po tym?

Ale może w ogóle nie będzie potrzeby fałszowania wyborów. PiS wciąż cieszy się znacznym poparciem, choć zastąpienie na fotelu premiera “Matki Polki” “młodym banksterem” nie podoba się niektórym wyborcom. Jednak pisowskie media, jak wspomniałem wyżej, już pracują nad ociepleniem wizerunku Morawieckiego. Jesli chodzi zaś o media nie-PiSowskie te, zgodnie z obietnicą daną jakiś czas temu przez Krystynę Pawłowicz, wkrótce dowiedzą się gdzie ich miejsce. Na pierwszy ogień poszedł TVN, który właśnie otrzymał blisko półtora miliona kary za “propagowanie działań sprzecznych z prawem i sprzyjanie zachowaniom zagrażającym bezpieczeństwu”. To znaczy, ża relacjonowanie masowych protestów w grudniu zeszłego roku, które TVP w swojej podłej propagandówce określiły mianem puczu. (Pisałem o tym dla portalu Britske Listy). Dziwnym trafem ta kara została nałożona w oparciu o opinię eksperta zatrudnionego na uczelni Ojca Rydzyka. Przypadek? Nie sądzę.

TVN oczywiście będzie się odwoływać. Na początku muszą udać się do sądu okręgowego w Warszawie (pod kontrolą PiS od września). Potem do sądu wyższej instancji, również w Warszawie (pod kontrolą PiS od lipca). A zanim dojdą do sądu najwyższego, tam też już zostanie wprowadzona “dobra zmiana”. Powodzenia, TVN.

A jeśli jedna z największych telewizji w Polsce, będąca własnością amerykańskiego konsorcjum, może PiSowi skoczyć, to jakie szanse ma zwykły obywatel? Przyjrzyjmy się sprawie środków antykoncepcyjnych: po tym, jak PiS wprowadził recepty na tzw. pigułki “dzień po” a farmaceuci coraz częściej zasłaniają się klauzulą sumienia, polskie kobiety zaczęły zamawiać sobie środki antykoncepcyjne przez internet z zagranicy. Ale najwyraźniej różańcowa tarcza ochronna, którą aktywowano kilka tygodni temu działa, bo jeśli wierzyć trackerom na stronach zagranicznych firm kurierskich i pocztowych przekazują oni paczki Poczcie Polskiej, a jesli wierzyć Poczcie Polskiej nigdy ich ona nie otrzymuje. Wygląda na to, że są one zasysane na granicy w jakąś czarną dziurę. Organizacja antyaborcyjnych prawników Ordo Iuris z dumą ogłosiła, że jest to ich zasługa. Zapewne dzięki ich lobbingowi, służby specjalne kontrolowane przez PiS korzystają z zapisów pozwalajacych na prewencyjne podsłuchiwanie obywateli i w ten właśnie sposób dowiadują się, które z paczek zawierają owe straszliwie mordercze medykamenta.

Jeśli więc służby Mariusza Kamińskiego mają tyle roboty, to dobrze się składa, że inne problemy można rozwiązać przez zaniechanie działania. Według policji, taktyką ochrony Marszu Niepodległości było “unikanie prowokowania” – innymi słowy, policja nie interweniowała i robiła wszystko, żeby przypadkiem nie zdenerwować jakiegoś skina czy innego faszysty swoją obecnością. Dzięki temu większa ilość policjantów mogła zostać skierowana na front walki z opozycją, bo tu taktyka jest diametralnie inna: pierwszym etapem jest pokaz siły, potem przystępuje się do bezprawnych działań i brutalnej pacyfikacji. Najlepiej podsumowuje to zdjęcie z ostatniej miesięcznicy:

Skoro więc skinheadzi i narodowcy mają wolną rękę, ukonstytuował się jasny podział ról: policja zajmuje się wrogiem wewnętrznym, faszystowskie bojówki biorą się za obcokrajowców. W tym tygodniu miał miejsce kolejny atak – tym razem ofiarą grupy agresywnych nastolatków stał się hostel, w którym zamieszkiwali zagraniczni studenci. Czasem jednak nie udaje się uniknąć tzw. friendly fire, jak w Giżycku, kiedy ofiarą ciężkiego pobicia stał się Amerykański żołnierz. Został on pobity tak ciężko, że musiał zostać przetransportowany do szpitala w Niemczech na rekonstrukcję twarzoczaszki. No, ale w końcu, jak twierdzi antysemita Piotr Rybak, jest wojna. A jak wojna, to muszą być i ofiary.

Powoli przygotowuje się grunt także do rozprawy z naszymi wrogami za granicą, takimi jak owi europarlamentarzyści, których ostatnio mogliśmy oglądać symbolicznie powieszonych na szubienicach. W swoim orędziu w rocznicę urodzin marszałka Piłudskiego prezydent Duda powiedział, że “walka o odzyskanie niepodległości nie byłaby potrzebna, gdyby nie katastrofa zaborów. Ich bezpośrednią przyczyną było niegodne odwoływanie się do arbitrażu oraz interwencji obcych potęg, nie powtarzajmy tego błędu”. To oczywiście część PiSowskiej narracji o Targowicy.

Jest w tym jednak pewna ironia. Jeśli wierzyć członkom konfederacji targowickiej, uważali oni, że wprowadzenie Konstytucji 3 maja odbyło się z naruszeniem prawa, co przywodzi na myśl to, co robi dzisiaj PiS. Być może zatem ich działanie było usprawiedliwione, bo jak twierdzi sam premier Morawiecki, są takie momenty, kiedy dobro kraju jest ważniejsze niż prawo. Dominująca jednak historyczna interpretacja jest taka, że Targowica to był spisek magnatów, którym dobrze było w zacofanym grajdole jakim była ówczesna Polska i kiedy dzięki Konstytucji 3 Maja Polska miała szansę dołączyć do najbardziej postępowych krajów ówczesnej Europy, poczuli się pozostawieni w tyle. Uznali, że te działania to zagrożenie dla polskiej tradycji i wiary, czym zaskarbili sobie przychylność Kościoła Katolickiego. Zdecydowali się, że ratunkiem dla Polski będzie wepchnięcie jej w ramiona Rosji i w rezultacie straciliśmy niepodległość na długie 123 lata. Niestety w tej interpretacji podobieństwa z PiSem są jeszcze bardziej widoczne…

* * *

To już 50-ty odcinek cyklu Tymczasem w Absurdystanie. To wyjątkowo smutne, kiedy spojrzeć na niego z tej perspektywy – miał to być cykl lekkich podśmiechujek z gaf i głupotek popełnianych których nie brakuje w polskiej polityce, a niechcący wyszła kronika upadku demokracji…


Tekst powstał dla portalu Britske Listy
Photo: Public Domain

Comments

comments