Tymczasem w Absurdystanie 51


Kliknij tutaj aby przeczytać poprzedni odcinek serii

Kliknij tutaj, aby zobaczyć wszystkie dotychczasowe odcinki


Ostatnio w kraju coraz częściej słychać następujący dowcip: wsiada klient do taksówki i krzyczy “na Kaczyńskiego, szybko”. W tym momencie taksówkarz odwraca się i pyta “Ale na ulicę Kaczyńskiego, aleję Kaczyńskiego, rondo Kaczyńskiego, plac Kaczyńskiego, zaułek Kaczyńskiego, Most Kaczyńskiego, Lotnisko im. Kaczyńskiego, do Muzeum Kaczyńskiego czy może na Uniwersytet Kaczyńskiego?”. 

Historia z dowcipu do niedawna miała mieć miejsce gdzieś w okolicach 2025 roku, ale wydaje się, że jak to ostatnio często w Polsce bywa humorystyczna parodia stanie się rzeczywistością wcześniej, niż się wszyscy tego spodziewali. Już w tym cyklu była mowa o tym, jak rząd zmusza samorządy do tego, aby na potęgę dekomunizowały nazwy ulic i placów. Wspominaliśmy, że wiele samorządów nie pali się do tego rodzaju działań – po pierwsze dlatego, że powoduje to niepotrzebne zamieszanie i koszta, po drugie dlatego, że świat nie jest czarno biały jakim chce widzieć go PiS. Fakt, że ktoś należał do PZPR nie oznacza, że należy przekreślić wszystkie jego życiowe zasługi i osiągnięcia. Tymczasem dla PiSu były komuch może być bohaterem tylko wtedy, kiedu dziś również należy do jedynie słusznej partii – wtedy nawet, jak w przypadku Piotrowicza, dorabiać mu się będzie fałszywą legendę…

Ponieważ jednak PiS z niuansami się nie liczy i chce mieć nad wszystkim kontrolę, wprowadza się nowe prawo, które pozwoli wojewodom na dekomunizację nazw wbrew woli lokalnych samorządów. Dziwnym trafem ulice najczęściej dekomunizowane są w taki sposób, że ich patronem staje się Lech Kaczyński. Zastanawiam się kiedy, podobnie jak w 1953 roku, przyjdzie pora na zmiany nazw miast i tak jak w PRL Katowice przemianowano na Stalinogród tak dziś będą nosić one zaszczytne miano Kaczogrodu. Na razie jednak zadowolić muszą się zmianą patrona głównego placu przed dworcem kolejowym który od teraz nazywać się będzie “Placem Lecha i Marii Kaczyńskich”. Zmiany tej wojewoda dokonał nie tylko nie konsultując się z lokalną społecznością ale wręcz w tajemnicy przed nią – o zmianie nie poinformowano nawet dziennikarzy podczas konferencji prasowej dotyczącej zmian nazw ulic… W sumie nic dziwnego, bo popularnym patronem placu był Wilhelm Szewczyk, który, prawda, był działaczem komunistycznym, ale był również popularnym pisarzem, poetą i reporterem. Wśród jego zasług wymienić można także popularyzację literatury niemieckiej, działania na rzecz pojednania z naszymi zachodnimi sąsiadami oraz badania nad kulturą Serbów Łużyckich. Dość powiedzieć, że patronem placu został w 1995 roku, co chyba jest wystarczającym dowodem na to, że nie został uczczony za działalność w PZPR… 

Ale oczywiście Lech Kaczyński to nie jedyny patron ulic proponowany przez PiS. W Łodzi na przykład wojewoda zadecydował, że ulica Witolda Wandurskiego, przedwojennego pisarza i komunisty, który emigrował do Związku Radzieckiego gdzie w 1934 roku padł ofiarą stalinowskiej czystki nie zasługuje na upamiętnienie. Zastąpi go Kazimierz Kowalski, lokalny działacz radykalnej prawicy i zdeklarowany antysemita, który aż do 1939 roku chwalił Hitlera i przekonywał, że Polska powinna stanąć u boku III Rzeszy w antysemickiej krucjacie. 

Cała ta dekomunizacja to po prostu kabaret. Wygląda na to, że działacze PiS, którym w latach osiemdziesiątych nie starczyło odwagi na to, aby stawić czoła komunie (albo zwyczajnie urodzili się za późno) desperacko próbują nadrobić straty w drugiej dekadzie XXI wieku. Reagują histerycznie na wszystko, co choć luźno otarło się o komunizm i PRL, z wyjątkiem Piotrowicza i jego komunistycznych kolegów z partii Kaczyńskiego. Na przyklad w Gorzowie chcą zdekomunizować ulicę ktorej patronem jest Franciszek Walczak, bohaterski 22-letni oficer milicji, który w latach czterdziestych stawił czoła pijanym sowieckim żołdakom nastającym na młodą kobietę i zginął z ręki oficera Armii Czerwonej… 

Ale absurdów nie brakuje także na szczeblu lokalnym. Na przykład w gminie Myszków ci, którzy za szybą swojego samochodu umieszczą kartkę, że samochód jest na sprzedaż, będą musieli zapłacić nawet 751 zł dziennie za zajęcie pasa drogowego w celach handlowych. Dziwnym trafem brat komendanta lokalnej straży miejskiej jest właścicielem komisu samochodowego.

Nie wiem, jaka partia ma większosć w radzie miejskiej w Myszkowie, ale istnieje taka kategoria samorządowych absurdów że można się w ciemno zakładać że stoi za nimi działacz PiS lub jego prawicowych przystawek. Przykładem tego rodzaju absurdu była niedawna sytuacja w Świdnicy, kiedy to jeden z radnych zaprotestował przeciwko udziałowi biegaczy z Kenii w lokalnym maratonie. Według niego, Kenijczycy to nie sportowcy, bo dla nich bieganie jest metodą zarabiania pieniędzy, ponieważ zawsze wygrywają. Według pisowskiego radnego To przypomina cyrk z żywymi zwierzętami, na który miasto nie daje zgody. ”. Wypowiedź ta oczywiście spotkała się z oburzeniem, ale rady Dariusz Sienko nie widzi nic złego w swoich słowach – w końcu nie jest rasistą, co poznać można po tym, że nie użył słowa rasizm. Kenijczycy są według niego mile widziani w Świdnicy, po prostu jakby któryś z nich przypadkiem wygrał jakiś maraton, to z racji kraju pochodzenia nie powinno mu się wypłacać nagrody finansowej… 

Ale to już stara historia. Dziś oczy wszystkich skierowane są na nowy-stary rząd Morawieckiego (jakbyście przegapili, to Beata Szydło zostala zdegradowana do roli wicepremiera we własnym rządzie). Głównym tematem dyskusji są pieniądze. Mateusz Morawiecki jako dawny bankier, posiadał udziały w jednym z dużych banków warte ponad 5 milionów złotych co powodowało oczywisty konflikt interesów już kiedy był ministrem, a co dopiero teraz, kiedy jako premier ma (przynajmniej teoretycznie) duży wpływ na sektor bankowy z racji pełnienia nadzoru nad instytucjami nadzoru finansowego. Po kampani medialnej którą prowadziła partia “Razem” Morawiecki został zmuszony do pozbycia się swoich akcji. Całą drogę Morawieckiego od menadżera w sektorze bankowym do kukiełki Kaczyńskiego trafnie podsumował tygodnik “NIE”:

Ale choć z pewnością pensje w rządzie nie umywają się do menadżerskich wynagrodzeń w sektorze bankowym to nie jest tak, że ministrowie głodują. Choć pogłoska o tym, że nowi-starzy ministrowie otrzymają sowite odprawy w związku z rozwiązaniem tzw. rządu Beaty Szydło okazała się być fake news (jako że również i my daliśmy się nabrać, niniejszym uznajcie to za sprostowanie tej nieprawdziwej informacji) ministrowie stratni nie będą. Może nie dostaną po 40 000 zł odprawy, ale przez ostatni rok każdy z nich otrzymał średnio 38 000 zł premii. Najwyraźniej jest to wyjątkowy rząd, skoro każdy z ministrów wykazał się wyjątkową efektywnością i motywacją. Cóż, z pewnością wyjątkowym jest to, że Beata Szydło wydała na premie dla siebie i członków rządu 87 000 000 zł. To z pewnością wystarczy, aby uznać ten rząd za wyjątkowy.

Tylko pomyślcie ile można by za to wybudować strzelnic w ramach nowego rządowego projektu “Strzelnica w każdym powiecie”. Całość kosztów szacowana jest na 2 600 000 000 zł (co się świetnie składa, bo jak wiemy w kraju, w którym lekarze obżerają się kawiorem podczas wycieczek do Kurdystanu nie ma na co wydawać pieniędzy). Rząd wydaje się mieć jakiś fetysz jeśli chodzi o militaryzację społeczeństwa. Ulubiony projekt ministra Macierewicza – Obrona Terytorialna – jest uzupełniony przez powstające jak grzyby po deszczu klasy o profilu wojskowym. Rząd udziela też widocznego wsparcia licznym organizacjom paramilitarnym. Te wszechobecne strzelnice zapewnią programowi partii należytą infrastrukturę, szczególnie że wbrew obiekcjom Unii Europejskiej ułatwia się także dostę do broni, w tym automatycznej. Całość przedstawiana jest jako oszczędności, bo dzięki temu, że w strzelnicy będzie można postrzelać sobie z automatu, zamiast utylizować naboje z czasów Układu Warszawskiego, po prostu się ją wystrzela, oszczędzając 5 złotych na sztuce. 

Oczywiście jednak polskie dzieci nie są wychowywane tylko w wojskowym drylu jak to ma miejsce w Korei Północnej. Polska jest krajem chrześcijańskim, więc uczone są także miłości. W tym celu na rynku zadebiutowała nowa zabawka – pluszowy Jezus:

Może 120 zł za pluszaka to nie jest najtaniej, ale czy jakakolwiek inna zabawka może być użyta jako pomoc modlitewna lub umożliwić godną zabawę podczas mszy świętej?

A skoro już mowa o miłości, to jak wiadomo bardzo kochają nas Węgrzy. “Polak – Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki” albo, jak kto woli “Lengyel, magyar – két jó barát, Együtt harcol s issza borát”. Nic dziwnego że Ryszard Czarnecki z dumą pochwalił się tym, że w celu napisania artykułu o Polsce rozmawiał z nim węgiersi dziennikarz. W końcu rzadko się ostatnio zdarza, żeby jakieś zagraniczne pismo nie będące prawicową gazetką sponsorowaną z Kremla pisało coś pozytywnego o działaniach polskiego rządu, dobrze więc że choć na bratanków można liczyć. Okazuje się jednak, że nie można, bo złośliwi wytknęli Czarneckiemu, że tytuł artykułu którym się chwali, “Kaczyński bábszínháza”, bynajmniej nie oznacza “Jarosław Kaczyński to największy mąż stanu w historii i zbawiciel Europy a Ryszard Czarnecki, sługa jego wielki, to pierwszoligowy polityk Europejski”. Tekst nosi tytuł “Teatrzyk kukiełkowy Kaczyńskiego” i prawi o tym, że wymiana Szydło na Morawieckiego to tylko zmiana pacynki, która pokazuje jednak, że Kaczyński jest gotów zdradzić swoich wyborców w celu uniknięcia obcięcia unijnych dotacji. A wszystko to w dzienniku z kraju, w którym Nasz Przyjaciel Orban ma taką kontrolę nad prasów, jaka się Kaczyńskiemu nawet jeszcze nie śniła. Et tu, Brute?

Jeśli chodzi o nasze, krajowe media, to oczywiście jednak nie jest tak, że PiS nie próbuje sobie ich podporządkować. Jak się dowiedzieliśmy, niedawna kara dla TVN za informowanie o protestach pod parlamentem rok temu, to tylko takie ostrzeżenie. Według ekspertki Rydzyka której opinia zdecydowała o nałożeniu kary, powinna ona stanowić ostrzeżenie dla innych dziennikarzy żeby przemyśleli swoje zachowanie. Wygląda jednak na to, że TVN nic się nie nauczyła – właśnie ośmielili się poinformować, że sąd uchylił postanowienie prokuratury o umorzenie sledztwa w sprawie nieprawidłowości związanych z przeniesieniem obrad sejmu do Sali Kolumnowej. Ciekawe ile kary dostaną za tak bezczelne promowanie skompromitowanej komunistycznej kasty sędziowskiej dokonującej kolejnego bezprawnego zamachu na demokrację poprzez atak na dzielną prokuraturę, w której już przecież dokonała się Dobra Zmiana.

Wygląda jednk na to, że kroi się kolejna kara. TOK.FM poinformowało że również w senacie łamane jest prawo. Kiedy w piątkowe popołudnie senatorowie PiS zdecydowali, że urwą się wcześniej do domu na weekend zamiast zajmować się takimi błahostkami jak reforma składek na ubezpieczenie społeczne, opozycja była w stanie zerwać kworum poprzez nie przystąpienie do głosowania. Wicemarszałek Maria Koc jednak postanowiła, że wystarczy policzyć osoby fizycznie obecne na sali a ich ilość będzie wystarczająca, aby głosowanie uznane zostało za ważne. I teraz radio będzie miało problemy. I po co im to było? Nie mogli po prostu poprzestać na kpinach z senatora Rulwskiego, który podczas swojej mowy miał na twarzy maskę rodem z greckiego teatru? TVP tak zrobiło i idę o zakład, że żadnej kary nie poniesie

No, ale nie smućmy się przed świętami tym, że polski parlament to prawdziwa tragedia. Zamiast tego zakończmy jakąś pozytywną nutą. Niech serca ogrzeje nam myśl, że nadchodzące święta nawet Mateusz Kijowski będzie mógł spędzić godnie. Po tym, jak jego kariera jako przewodniczący KOD zakończyła się w atmosferze skandalu, ma on problemy z znalezieniem pracy. W internetowej zbiórce uzbierano dla niego 32 000 złotych, i nazwano te pieniądze “stypendium wolności”. Wielu ludzi wierzy, że Kijowski nie może znaleźć pracy, bo nawet międzynarodowe firmy, często zatrudniające polskich informatyków do pracy zdalnej, najwyraźniej boją się zadzieraćz polską skarbówką i innymi instytucjami rządowymi, które przecież nie mają do roboty nic lepszego tylko gnębić tych, którzy zatrudnili by byłego lidera KOD. Jednak pamiętajmy o tym, że Kijowski już w momencie powstania KOD występował jako bezrobotny informatyk a do polityki wszedł jako człowiek zupełnie wcześniej nie znany. Można więc zaryzykować podejrzenie że jego kłopoty ze znalezieniem zatrudnienia akurat nie mają nic wspólnego z polityką. Może jednak mimo wszystko zasługuje na te pieniądze? W końcu doświadczony informatyk nie mogący w tym kraju znaleźć pracy to ewenement na skalę naszego zasługującego na milionowe bonusy rządu… 


Tekst ukazał się w portalu Britske Listy
Zdjęcie: Wikipedia user Topory, CC 3.0

Comments

comments