Zalogowałem się na Facebooka. Staram się unikać korporacyjnych mediów społecznościowych od kiedy stały się de facto antyspołecznościowe, ale jednak to zrobiłem i zamiast wejść od razu na grupę której szukałem przescrollowałem feeda. To był błąd – jak zawsze od co najmniej pięciu lat. Bardzo niewiele pozytywnych rzeczy można znaleźć od dłuższego czasu na facebookowym feedzie – i dzisiaj też tak było.
Znajomy podał dalej posta Ewy Zajączkowskiej-Hernik która, jak na onucową propagandzistkę przystało, próbuje nadać chuligańskim ekscesom podczas protestów we Francji antyimigracyjny spin. Nie zdziwiło mnie to, już parę razy miałem dyskusje z tym znajomym kiedy nagle zaczynał się nakręcać jakąś prawicową propagandą.
Wciąż jednak – być może przez wrodzoną naiwność – mam nadzieję, że jeszcze jest dla niego szansa, żeby zszedł z tej złej drogi. Dlatego napisałem komentarz, w którym krok po kroku wyjaśniłem na czym polega manipulacja, jakie dokładnie ma cele i komu ma przynieść korzyści. Odniosłem się do rasistowskiego podtekstu manipulacji i – przyznaję, nieco w emocjach – napisałem że łykanie tej tępej propagandy jest frajerstwem.
Mojemu znajomemu nie spodobał się mój komentarz. Napisał do mnie wiadomość z żądaniem żebym go zedytował bo nazywanie kogoś kto ma „takie poglądy” frajerem jest przekroczeniem granicy. Odpisałem mu tym razem spokojnie i kulturalnie, ale generalnie moje stanowisko można streścić do odmowy edycji mojego postu albowiem uważam, że „jebać ciapaków” to nie są poglądy, dlatego podawanie dalej propagandowych treści o takiej wymowie jest jak najbardziej frajerstwem. Generalnie starałem się utrzymać nerwy na wodzy, ale już zaobserwowałem u siebie podniesione ciśnienie.
To nie pierwszy raz – coraz częsciej wchodzenie na media społecznościowe powoduje jedynie złość i podniesienie ciśnienia. Ktoś może powiedzieć – i słusznie, wystarczy popatrzeć co się odjaniepawla na świecie w dzisiejszych czasach. Nienawiść staje się społecznie akceptowalną reakcją, parę lat temu nawet był popularny blog o tej właśnie nazwie. Ale czy nienawiść na pewno jest odpowiedzią?
I skąd ona się bierze? To prawda, czasami zwyczajnie z bezsilności. Na przykład znacznie bardziej napawa mnie gniewem sytuacja w Palestynie niż w Ukrainie – i nie dlatego, że Izrael jest w stanie w Palestynie popełniać takie zbrodnie o jakich Putin może tylko pomarzyć. Raczej dlatego, że w kwestii Ukrainy człowiek nie czuje się całkowicie bezsilny. Możemy coś pomagać. Ja regularnie jeżdżę do Ukrainy z pomocą humanitarną a za każdym razem jak kacapy są bardziej wkurzający dorzucę parę groszy na tą czy tamtą proukraińską zbiórkę. Z Palestyną jest inaczej. Tu czujemy się całkowicie bezsilni. Dotarcie z pomocą humanitarną do Gazy jest niemalże niemożliwe a nawet weryfikowanie wiarygodności zbiórek organizowanych na ten cel jest często niełatwe.
Tymczasem Izrael wciąż pracuje nad tym, żeby dostarczyć nam powodów do wściekłości. Jakiś czas temu chciałem dowiedzieć się nieco więcej o pogromach Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu dokonywanym przez bojówki terrorystyczne syjonistycznych osadników przy wsparciu Izraelskiej Armii. Obejrzałem parę relacji aktywistów i dziennikarzy znajdujących się na miejscu i dziś cały mój Instagram zalewany jest treściami, których oglądanie zagotowałoby krew w najspokojniejszym człowieku. Tak, to złość uzasadniona – to co wyprawiają osadnicy przy wsparciu IDF to wyjątkowa podłość i – w myśl prawa międzynarodowego – zbrodnie wojenne. I nic nie możemy z tym zrobić, tak długo jak nasi politycy dalej będą robić gałę temu zbrodniczemu reżimowi jednocześnie traktując protestujących przeciwko izraelskiemu ludobójstwo z całą surowością prawa.
Ale jest tu pewna sprawa: ja nie należę do tych, którzy zbrodniczość Izraela odkryli wczoraj. Nie jest też dla mnie niczym nowym, że ludzie u władzy próbują to zamiatać pod dywan. Ponad ćwierć wieku temu byłem członkiem redakcji magazynu studenckiego. Jeden z naszych kolegów wrócił do Polski po roku spędzonym w Izraelu – wyjechał tam z ojcem, który dostał się tam na jakiś kontrakt. To co nam opowiadał o tym, jak traktowani są Palestyńczycy na checkpointach jeżyło nam włosy na głowie. Jego ojciec wprost powiedział nam, że wcześniej pracował w RPA za czasów Apartheidu ale to, co widział w okupowanej Palestynie było znacznie gorsze. Chcieliśmy o tym napisać artykuł, ale redakcja odrzuciła pomysł.
A nie było to po pamiętnym październiku. To było 25 lat temu, jedynie kilka lat po podpisaniu traktatu z Oslo, we wczesnym stadium drugiej Intifady. Od tego czasu śledzę wieści z Palestyny regularnie i to nie jest tak, że to, co się tam dzieje jest dla mnie czymś nowym? Dlaczego więc to dopiero przeglądanie nagrań aktywistów na Instagramie budzi we mnie tak wielkie uczucie gniewu? Jak widać to nie jest dlatego, że Instagram dostarcza mi jakieś nowe informacje – to musi być psychologiczny mechanizm pod który skrojone są jego algorytmy.
A przecież ja nie jestem jedyny. I o ile dla mnie wiadomości z okupowanej Palestyny nie są niczym nowym, to nawet jeśli by były, to co jest widziane na Instagramie mamy potwierdzone przez liczne międzynarodowe organizacje, światowe media i nawet nasze MSZ pod wodzą Sikorskiego, który choć wobec Rosji jest jak chad pieseł z mema, wobec Izraela zwykle siedzi skulony jak ten drugi mały skulony piesio, nie mógł już siedzieć cicho i wydał parę dość ostrych oświadczeń (ciekawe, że dopiero wtedy kiedy zaatakowano polskiego członka grupy dyplomatów – bo wcześniej nawet morderstwo wolontariusza World Central Kitchen przez żołnierzy IDF nie wymusiło na nim tak ostrych wypowiedzi… Ale do brzegu: zbrodnie Izraela to to, co podsuwają algorytmy Instagrama mi.
Inni użytkownicy będą widzieć inne treści. Jak wykazał mój niedawny eksperyment (o którym wspomniałem w ostatnim odcinku Lewackiego Pitolenia) wystarczy jedno pchnięcie i już po dwóch dniach twój Instagram będzie praktycznie zdominowany przez treści kręcące się wokół jednego tematu. I tak jak moje regularne konto pokazuje mi głównie terroryzm syjonistycznych osadników, jak moje eksperymentalne konto po polubieniu jednego głupawego skeczu z konta transseksualnej kobiety zamieniło się w nieustającą paradę seksownych transek, tak inni użytkownicy mogą zagłębiać się w króliczą norę treści antyimigranckich i rasistowskich. Ich feedy będą pełne zdziczałych band imigrantów podpalających miasta zachodniej Europy. I również oni znajdą potwierdzenie prawdziwości tych informacji gdzie indziej. Będą im o tym mówić politycy tacy jak Nigel Farage czy inne prawicowe partie w całej Europie od Konfederacji po AfD i od Chegi w Portugalii po Perussuomalaiset w Finlandii. Oni także w rezultacie oglądanych treści będą coraz bardziej wściekli. I również oni będą prędzej czy później chcieli coś z tym zrobić.
Ta wściekłość w Wielkiej Brytanii w ostatnich latach zaowocowała tym, że zwyczajni ludzie są w stanie ponieść się wściekłemu tłumowi i rzucić się do podpalania hosteli, w których mieszkają tymczasowo imigranckie kobiety z dziećmi. I, to prawda, to nie jest nic nowego. Niedaleko bazy mojej firmy w Lubece znajduje się monument upamiętniający migrantów którzy zginęli w pożarze po tym jak radykalna prawica podpaliła znajdujący się tam hostel dla migrantów. Miało to miejsce 30 lat temu i tak, wtedy też byli ludzie którzy chcieli puścić migrantów z dymem.
Ale jednak jest różnica: wtedy ci ludzie to były jakieś skrajne neonazistowskie bojówki. To były ugrupowania działające w sekrecie, a większość społeczeństwa albo się z nich śmiała, albo się ich bała. Dziś tego rodzaju poglądy – a coraz częściej i zachowania – stały się częścią mainstreamu. Znam ludzi – pozornie zwykłych normików – matki, ojców, kierowców, pracowników biurowych, lekarzy, programistów czy naukowców – którzy otwarcie głoszą dziś poglądy, które o ciarki przyprawiłyby wytatuowanego skina z lat 90-tych. Otwarcie, w internecie, pod własnym nazwiskiem i ze zdjęciem profilowym na którym są z żoną i córkami na przykład.
Często mówi się o tym, jakim problemem będzie powódź fałszywych treści, tak łatwo dziś generowanych przez AI w czasie, kiedy tradycyjne media upadają, kiedy próżno szukać nie tylko dziennikarskich standardów ale często nawet oczekiwać że publikowany tekst zostanie przejrzany nie tylko przez redaktora ale choćby nawet korektę. To jest oczywiście jak najbardziej powód do zmartwień. Ale to nie wszystko – czy to celowo, czy to w wyniku naturalnych ewolucji algorytmów, których zadaniem jest napędzić ruch na portale społecznościowe a najlepsze efekty przynosi pompowanie hejtu i nienawiści – te fake newsy tylko jeszcze bardziej nakręcą spiralę nienawiści w społeczeństwie. A to musi skończyć się źle.
Gniew wyrywa się spod kontroli. Obracamy go nawet do tych, którzy są po naszej stronie. Obserwuję na Facebooku pewnego aktywistę który bardzo celnie obnaża izraelską propagandę, jednocześnie informując o wydarzeniach w Gazie. Niedawno opublikował zdjęcie które było bardzo wyraźnie produktem sztucznej inteligencji. Zwróciłem na to uwagę, argumentując, że w świetle tego kiedy izraelska propaganda chwyta się każdej szansy aby pokazać że pro-Palestyńscy aktywiści dają się nabrać na kłamliwą propagandę publikując zdjęcie pachnące AI na kilometr to tylko woda na ich młyn i komentarze „patrzcie, lewackie frajerstwo po raz kolejny publikuje fejki z pallywood” nigdy się nie skończą, niezależnie od tego czy historia, którą ilustruje owe wygenerowane przez AI zdjęcie naprawdę się wydarzyła (a tak w tym przypadku akurat było). Aktywista momentalnie na mnie naskoczył, w dość agresywny i obraźliwy sposób atakując mnie, do tego stopnia że odechciało mi się wszelkiej dalszej dyskusji. Być może mogłaby to być ciekawa dyskusja na temat tego jak daleko można posunąć się z ingerencją AI w materiały reporterskie (zdjęcie w wysokiej rozdzielczości było wygenerowane przez AI na podstawie stopklatki z filmu kręconego kartoflem). Ale dyskusji nie będzie. Poleciało parę obelg i na tym się skończyło.
Ale może o to właśnie chodzi? Jeśli to, co widzimy w internecie generuje w nas tyle gniewu, że rzucamy się nawet na tych, którzy są przecież po naszej stronie, to nie ma szans, żeby społeczeństwo było w stanie się zjednoczyć. Ja na szczęście coraz rzadziej zapędzam się w social media korporacyjne. O ile nie wchodzę w te pozostałe tu czy ówdzie kąciki w których wciąż się dzieje coś użytecznego – jak moje niszowe grupy dla kierowców – czasem kiedy wracam do swojej internetowej cichej przystani – na Mastodona – czuję się, jakbym musiał wziąć długi, ciepły prysznic. Te zdecentralizowane, wolne od algorytmów social media, wydają się jednym z ostatnich miejsc w których kulturalna wymiana poglądów i dzielenie się spostrzeżeniami jest wciąż normą raczej niż wyjątkiem przypominającym nam że kiedyś gdzie indziej także było to możliwe (pisałem o tym jakiś czas temu dla Bylines Scotland). Na Mastodonie jest taki powiew świeżości a pomimo tego, że społeczność jest stosunkowo niewielka, człowiek czuje, że otwiera przed nim nowe horyzonty – troszkę tak jak to było za czasów wczesnych forów dyskusyjnych w internecie czy na IRCu. Czy nam się to jednak podoba czy nie, Mastodon to jest nisza. A tak długo jak możliwość prowadzenia kulturalnej wymiany poglądu jest niszą a bycie bombardowanym treściami (w tym fejkami i propagandą) mającymi wygenerować w nas gniew normą, czarno widzę przyszłość naszego społeczeństwa.
Tymczasem zajrzałem pod post mojego znajomego. Wcześniej były pod nim dwa komentarze. Mój skasował, więc został tylko ten drugi. O treści „strzelać jak do królików bez ostrzeżenia by się hołota nauczyła bardzo szybko”. I nie, nie został napisany przez jakiegoś skina ze swastyką wytatuowaną na czole. Przez zwyczajnie wyglądającego chłopaka o nieśmiałym uśmiechu, dzielącego się na Facebooku zdjęciami swojej żony i dwóch córek. Na razie o strzelaniu do ludzi tylko pisze w internecie. Ale co kiedy nakręci się w tej nienawiści na tyle, żeby pójść w ślady Andersa Breivika? Już naprawdę głęboko wszedł w algorytmowe bagno, jego ściana na Facebooku składa się wyłącznie z prawicowej anty-imigranckiej propagandy i manipulacji. I co, czujecie się bezpiecznie? Kiedyś neonazistę można było zobaczyć z pięciuset metrów i przejść na drugą stronę ulicy. Dziś, jeśli mieszkasz w Glasgow, ten człowiek może być Twoim ogrodnikiem. A jest tylko jednym z milionów, których furię media nienawiściowe nakręcają 24 godziny na dobę.




