Lubię kupować rzeczy lokalnie, fizycznie. W prawdziwych sklepach, najlepiej jakichś lokalnych biznesach. Często w second handach. Tak jak ludzie robili to od wieków. Ale czasami jest to niemożliwe. A wtedy spotykamy się z przyszłością.
Popsuł mi się futerał na telefon. Odpadł taki metalowy wihajster, który utrzymuje telefon w magnetycznym uchwycie. Próbowałem naprawić, coś przykleić – nie udało się. Cóż, trzeba kupić nowy.
Nie wiem, czy mój telefon to model popularny czy rzadki, ale jest to telefon z niższej półki (kupiłem jeden z najtańszych jak po blisko czterech latach współpracy odmówiło moje stare Xiaomi). Na stoiskach z gadżetami do telefonów nie mają akcesoriów do akurat tego modelu. W sieci sklepów elektronicznych, w której telefon jakiś rok temu nabyłem mają do wyboru dwa futerały, żaden z nich nie jest takim jaki mi potrzebny, do tego kosztują po 30 euro. Futerał za 30 euro do telefonu który nowy kosztował 89 euro? Do tego innego typu niż mi potrzebny? Dziękuję, postoję.
Padło na Chiny. Oczywiście kupowanie niepotrzebnych pierdół za grosze żeby je do nas przysyłano samolotem to zło, ale czasami jest to jedyne źródło jakichś rzadszych produktów – takich jak własnie ten futerał. Paczka szła szybko i już po jakimś tygodniu otrzymałem SMS-a, że czeka na mnie w osiedlowym paczkomacie. Podczas wieczornego spaceru zaszedłem więc pod paczkomat, aby zobaczyć, że zamiast niewielkiego, małego, zainstalowano nam nowy. NOWOCZESNY!
Nowoczesność paczkomatu polega na tym, że nie ma terminalu obsługi – czyli ekraniku przy pomocy którego można nadać czy odebrać paczkę. Nie jest to także jeden z tych paczkomatów, w którym każda szafka ma osobną klawiaturę do wpisywania kodu dającego dostęp do jej zawartości. Nie, to paczkomat nowoczesny. Jego obsługuje się z aplikacji.
(tu taka dygresja: a co, jeśli nie masz na przykład smartfonu? Na paczkomacie nie ma żadnej informacji, jest tylko kod QR, za pomocą którego można sobie ściągnąć aplikację. Dopiero w aplikacji, szukając dostepu do (spoiler alert) pomocy technicznej znalazłem infomację, że ten sam numer jest też używany do odbierania paczek przez ludzi, którzy nie korzystają ze smartfonów).
Zainstalowałem więc aplikację Matkahuolto. Zarejestrowałem się (oczywiście trzeba podać swoje dane). Znalazłem informację o paczce dla mnie. Zrobiłem wszystko według instrukcji. I otrzymałem… komunikat „Paczkomat nie może zostać otwarty”. Stałem pod paczkomatem przez 10 minut, próbowałem stać z różnej strony urządzenia, zmieniałem i resetowałem ustawienia bluetooth w telefonie – bez rezultatu. Zacząłem szukać pomocy klienta. Są dwie opcje: telefon albo chat. Linie telefoniczne czynne tylko do 18:00 a był wieczór, więc spróbowałem z czatem.
Czat obsługiwany jest oczywiście przez bota AI i wyłącznie po fińsku. Próbowałem przekonać bota, żeby mówił do mnie po angielsku, bo zasypywał mnie całymi ekranami różnych komunikatów, ale niestety bez rezultatu. A szkoda, bo nie bardzo rozumiałem co się na owym czacie dzieje. Coś tam po fińsku już rozumiem, ale to było jednak troszkę poza moją ligą. Zwykle w takiej sytuacji używam tłumacza wbudowanego w przeglądarkę internetową, ale z chatu nie można skorzystać w przeglądarce – trzeba w appce, w której tłumacz nie działa (wiem, że nowsze androidy mają już opcję tłumaczenia wszystkiego co jest na ekranie, ale jak już pisałem, mój telefon jest raczej z niskiej półki i takich udogodnień nie posiada). Tak czy tak, czat był całkowicie bezużyteczny, bo nie trzeba było rozumieć wiele po fińsku aby zorientować się, że niezależnie od tego, które z podsuwane mi przez bota opcje wybieram, prędzej czy później wracam do punktu wyjścia, bo cały algorytm się po prostu zapętla.
Poddałem się więc i poszedłem do domu, pod paczkomat wróciwszy dzisiaj w godzinach pracy call centre pomocy technicznej. Numer wskazany w aplikacji jako ten domyślny, pod który powinno się dzwonić to numer premium, niecałe 2 euro za minutę połączenia. Dobrze, że znalazłem alternatywny numer w którym przekopawszy się przez niezliczone opcje menu (każdą z nich czytaną najpierw po fińsku a dopiero potem po angielsku – całe szczęście że firma nie przestrzega tutejszego prawa i olała język szwedzki będący drugim oficjalnym językiem w Finlandii, bo wszystko trwałoby pewnie jeszcze dłużej) udało mi się wreszcie dojść do anglojęzycznego centrum obsługi klienta gdzie już po 13 minutach oczekiwania (na 13-stopniowym mrozie) udało mi się połączyć z konsultantką… fińskojęzyczną. Widać całe to wybieranie anglojęzycznej obsługi klienta w tym automatycznym systemie jest dla picu.
Na szczęście pani konsultantka mówiła też po angielsku (w końcu to Finlandia) i przeprosiwszy mnie za długi czas oczekiwania („ciągle wszyscy dzwonią, bo te nowe paczkomaty na aplikację nie działają jak trzeba, tego się bałam jak usłyszałam że je wprowadzają, no ale przynajmniej mam pracę” – powiedziała, dodając, że ona paczkomatów od czasu wprowadzenia tego nowego modelu unika, z aplikacji nie korzysta a paczki zamawia do lokalnego R-kioski (takiej tutejszej Żabki) i odbiera od sprzedawcy) przystąpiła do pomagania mi. Po sprawdzeniu tak moich danych osobistych jak i numeru trackingu paczki ustaliliśmy wspólnie, że paczka zaiste jest dla mnie i faktycznie znajduje się w paczkomacie, przed którym od ponad 20 minut stoję na mrozie. Okazuje się jednak, że pani nie ma możliwości zdalnego otwarcia paczkomatu (ciekawe zatem w jaki sposób odbierają paczki osoby nie korzystające ze smartfonów) a ponieważ próby rozwiązania problemu w rodzaju reinstalacji mojej aplikacji czy „wylogowania się i zalogowania jeszcze raz” spaliły na panewce jedyną opcją było przekierowanie mojej paczki do lokalnego R-kioski. Gdzie może pojawić się jutro, a może kiedyś tam w przyszłym tygodniu co, jeśli wyjadę w trasę, będzie oznaczać, że nowy pokrowiec na telefon dostanę dopiero za kilka tygodni.
Westchnąwszy ciężko, ruszyłem w stronę pobliskiego parku na spacer, dziękując sympatycznej pani z obsługi klienta, która na pożegnanie jeszcze raz dodała „ja nie wiem w ogóle kto to wymyślił, żeby były paczkomaty na aplikację”, w odpowiedzi na co podzieliłem się z nią moją teorią, że byli to ludzie, którzy wymyślili, że w ten sposób nie tylko zaoszczędzą na konieczności instalacji ekranów dotykowych i małych komputerków w paczkomacie, spychając obsługę informatyczną urządzenia na smartfony użytkowników, ale jeszcze zarobią dodatkowo na tych telefonach do call centre po 2 euro za minutę (ja na szczęście za całą rozmowę zapłaciłem tylko jakieś 80 centów). I pomyślałem, że to jednak nieprawda, że te nowe technologie są takie bezduszne i doprowadzają do redukcji kontaktów międzyludzkich – myśmy z panią z call centre mieli bardzo sympatyczną rozmowę przez te jakieś 10 minut, podczas których próbowała mi pomóc. Tylko paczki się nie udało odebrać, ale dzięki temu będę miał teraz szansę również na kontakty międzyludzkie z ekspedientką w R-kioski.
P.S. I niech spada na drzewo pan Brzoska i jego kapitalistyczne zastrzeżenie sobie słowa „paczkomat”. Ja wyrazu „paczkomat” uzywałem już kilkanaście lat temu kiedy w ramach swojej pracy jako kurier zostawiałem przesyłki w sieci brytyjskich paczkomatów „ByBox” które operowały w Wielkiej Brytanii na długo zanim w Polsce urządzenia te wprowadził na rynek inPost.
Ilustracja: Domena Publiczna (Pixabay)




