Kto zapłaci za podsłuchy?

ZK140-1Od kiedy “Wprost” opublikowało pierwsze z wielu podsłuchanych prywatnych rozmów pomiędzy naszymi politykami, w kraju nie mówi się o niczym innym. Taśmy zaszokowały wielu, ale w większości przypadków raczej nie w sposób, którego zapewne oczekiwali publikujący je. Wciąż jest to jednak duży wstrząs dla polskiej polityki.

Więc co takiego dokładnie ujawniły te taśmy? Zaskakująco, niewiele nowego. Raczej nikt się nie zdziwił, że politycy nieoficjalnie próbują załatwiać różne sprawy i zastanawiają się, jak zaszkodzić konkurencji. Każdy, kto ogląda filmy i seriale wie, że polityki nie uprawia się na sali obrad. Ale podczas gdy Frank Underwood z serialu House of Cards gra nieczysto, ale wciąż używa wysmakowanego języka, polscy politycy nie knują podobnych podłości, za to wyrażają się w sposób wysoce nieparlamentarny. Marek Belka twierdzi, że jest to język, którym posługują się na co dzień Polacy, mi się jednak wydaje, że taki język słychać raczej nad butelką jabola za cztery złote a nie w drogiej restauracji… Pomimo jednak faktu, że Wprost próbuje przedstawić te rozmowy jako zdradę stanu, wątpię, aby te oskarżenia przemówiły do kogoś, kto nie jest już i tak przekonany, że rząd Tuska to banda zdrajców – a liczba ortodoksyjnych wyznawców PiSu pozostaje, na szczęście, mniej więcej stała.

Jeśli chodzi o reakcję Polaków to szybki przegląd internetowych forów pokazuje, że w wielu przypadkach rezultat publikacji tych taśm przyniósł efekty odwrotne od prawdopodobnie zamierzonych przez Wprost. Zwyczajnie okazało się, że politycy prywatnie myślą tak samo, jak zwykli obywatele. Opnie określające instytucje państwa słowami „chuj, dupa i kamieni kupa”, choć wielu się z nimi zgodzi, nie przyniosą jednak mówiącemu je ministrowi nowych przyjaciół. Już jednak słowa Radka Sikorskiego, w których porównuje on zagraniczną politykę Polski wobec USA do sytuacji, w której zrobiliśmy Amerykanom laskę i nie dostaliśmy nic w zamian i sugeruje, że nie ma co liczyć na Wujka Sama i zamiast tego warto skupić się na Europie, wyrażają opinię większości Polaków i paradoksalnie Radek Sikorski może ugrać dzięki tej wypowiedzi parę punktów.

Jak na razie jednak żadne z opublikowanych nagrań – przynajmniej tych dotyczących wciąż aktywnych polityków – nie ujawniły niczego, co usprawiedliwiałoby ich publikację. Choć nie pomogą one oczywiście Tuskowi i jego partii w nadchodzących wyborach, największą krzywdę dziennikarze uczynili sobie samym. Żałosna telenowela, w którą zamieniono transmisję z wizyty ABW w redakcji tygodnika, konferencja prasowa Andrzeja Seremeta, na której reporterzy prześcigali się nawzajem w konkursie na „kto zada najbardziej agresywne pytanie”, nie zważając na to, że większość spraw o których pytają była już wyjaśniona w otwierającym konferencję oświadczeniu…, Monika Olejnik zaszczycająca swoją obecnością konferencję prasową premiera tylko po to, aby zbesztać go jak dzieciaka i oznajmić, że cała klasa dziennikarska jest teraz przeciwko niemu (co się stało z dziennikarską bezstronnością pani Moniko?) i armia mniej znanych publicystów, analizujących pieczołowicie upublicznione nagrania w poszukiwaniu czegokolwiek, czego można by się choć na chwilę uczepić (nagle istotne się stały kwestie tego, kto płacił za obiad albo ile kosztowała butelka wina…).

Sam Donald Tusk zareagował spokojnie. Nie było żadnych nagłych dymisji, nie przeprowadzał żadnego kontrataku na opozycję, kwestię tego kto stoi za nagraniami pozostawił do zbadania przeznaczonym do tego instytucjom… Z pewnością cała ta sytuacja nie ułatwi mu życia, szczególnie, że prasa ramię w ramię z opozycją będzie próbowała jechać na tej sprawie tak długo, jak będzie się dało, w nadziei na destabilizację sytuacji politycznej, jednak jeśli będzie próbował nadrabiać straty przez faktyczną ciężką pracę na rzecz kraju (bo ostatnio coś z jego rządu jakby uszło powietrze) to akurat wszystkim wyszłoby to na dobre.

Kwestia tego, kto stoi za nagraniami jest wciąż otwarta. Niektórzy podejrzewają opozycję, ale choć z radością powitała ona zaistniałą sytuacją i próbuje ugrać na niej tyle, ile tylko możliwe, wygląda na to, że polityków opozycji sytuacja zaskoczyła w takim samym stopniu jak rząd. Inna teoria głosi, że za całą sprawą stoją Rosjanie, których celem jest osłabienie polskiego rządu, który aktywnie wspiera Ukrainę w jej konflikcie z Rosją i niemałą rolę gra w rozmowach na forum Unii Europejskiej w temacie energetyki, co może zaowocować dalszym osłabieniem dominującej pozycji Rosji na rynku gazu i ropy naftowej. Inną możliwością jest to, że ktoś nagrywał polityków w nadziei, że uda mu się ich nagraniami zaszantażować, ale ponieważ nie znalazł w nich nic kompromitującego, postanowił przekazać je do mediów – plotki głoszą, że wielu redakcjom zaoferowano owe taśmy ale odmówiły one ich użycia. Jedynie Wprost i jego szemrany redaktor naczelny zdecydowali się zagrać na tak niskim poziomie.

Każda jednak sytuacja pociąga za sobą ofiary. W tym przypadku za brak czujności BOR-u, pozwalającego na nagrywanie najważniejszych osób w państwie i za wyjątkowo brzydki język używany przez naszych wybrańców zapłacą zwierzęta. PSL otwarcie zapowiedziało, że w zamian za udzielenie poparcia żąda głosów koalicjanta za wprowadzeniem nowej ustawy ponownie legalizującej w Polsce ubój rytualny. A jeśli chodzi o stołki to cierpienie zwierząt jest raczej niską ceną…


Artykuł powstał dla portalu Britské Listy, został także opublikowany po polsku w portalu gazetae.com

Fotografia: Wikipedia, użytkownik Foma (CC). 

 

Comments

comments

2 Replies to “Kto zapłaci za podsłuchy?”

  1. […] w restauracjach, z braku konkretów, którymi można by obciążyć podsłuchiwanych (więcej o tym tutaj), do miana zarzutu numer jeden urósł fakt, że Radek Sikorski wcinał ośmiorniczki. Tymczasem za […]

  2. […] z prywatnych rozmów polityków PO. I nawet nie chodziło o to, co ministrowie mówili, bo jak słusznie przewidziałem, w podsłuchach nie znalazło się nic wystarczająco kompromitującego. Nie przyszło mi jednak […]

Komentarze są zamknięte.