Szkoda mi dzisiejszych drużynowych

23 DH Wilki, Obóz w Krzeczkowie, 2001 rok
23 DH Wilki, 2001

Harcerstwo to wspaniała sprawa. Jest to nierzadko największa przygoda która może spotkać młodego człowieka, a poza wyniesioną stamtąd zaradnością, poczuciem odpowiedzialności za siebie i innych oraz zdolnością do pracy w grupie pozostają człowiekowi z tego okresu przyjaźnie na całe życie. Moje pokolenie ma już często własne nastoletnie dzieci a że sezon wakacyjny w pełni, co rusz słyszę opowieści o tym, jak wyglądają obozy harcerskie dzisiaj. I powiem Wam jedno: szkoda mi tych biednych dzisiejszych drużynowych.

Cała idea obozów harcerskich, wywodząca się jeszcze z czasów Roberta Baden-Powella, polega na tym, że młodzi ludzie przez wakacyjny okres kilku tygodni tworzą możliwie samowystarczalną społeczność. Doświadczenia ojca Scoutingu podczas oblężenia Mafekingu przekonały go, że młodym chłopcom (a także dziewczętom) można z powodzeniem powierzyć odpowiedzialne zadania jeśli traktować ich jak dorosłych. Dlatego harcerze przez cały rok pracowali, zdobywając sprawności potwierdzające ich biegłość w różnych dziedzinach – takich jak gotowanie czy ratownictwo wodne- aby w praktyce wykorzystywać je podczas letniego obozu.

W Polsce harcerstwo wyglądało mniej więcej tak gdzieś do lat 90tych. Mój pierwszy obóz rozpoczął się od tego, że autobus wysadził nas na zapadłej wsi gdzieś w Lubuskiem i stamtąd obładowani tobołami ruszyliśmy na leśną polanę, na której właśnie kończono rozładowywać ciężarówkę ze sprzętem. Ciężarówka zaraz odjechała, a my, po zjedzeniu posiłku uwarzonego w wojskowej kuchni polowej spędziliśmy pierwszą noc pod gołym niebem leżąc pokotem między stertą rozładowanego sprzętu, a stosem dostarczonych przez leśników żerdzi, z których od następnego poranka budowaliśmy całe obozowe umeblowanie.

Harcerskie rajdy to był marsz przez góry, nierzadko po kostki w błocie mając cały swój dobytek na plecach. I zapomnijcie o nowoczesnych ergonomicznych plecakach – wtedy były to olbrzymie plecaki z rurkowym stelażem, obwieszone menażkami, butami i wszystkim, co nie zmieściło się do wnętrza które w połowie wypełnione było olbrzymim śpiworem. Obozowe wędrówki odbywaliśmy autostopem, dzieląc zastępy harcerskie na trzyosobowe grupy. A należy pamiętać, że nie były to czasy w których każdy nastolatek ma w kieszeni smartfona z nawigacją GPS i możliwościami lokalizacji… Ktoś, kto nigdy nie miał okazji na przykład zobaczyć Pojezierza Drawskiego siedząc na swoim plecaku na otwartej pace turlającego się pomału Jelcza nie zrozumie, dlaczego warto było znosić te niewygody.

Ale wszystko co piękne zwykle się kończy. Wkroczyły nowe czasy i harcerstwo szybko zaczęło ulegać zmianom. I tak podczas moich pierwszych harcerskich przygód jedliśmy grochówkę z polowej kuchni albo inne własnoręcznie przygotowane potrawy siedząc przu własnoręcznie zbitym z sosnowych nieokorowanych żerdzi stole. Grochówka ugotowana była ze składników przyniesionych przez dyżurnych zaopatrzeniowców od rolnika z pobliskiej wsi, za lodówkę służyła nam wykopana przez poprzedników ziemianka a menażki szorowało się piaskiem w wodzie z pobliskiego strumyka. Na obozach stacjonarnych kucharce pomagali druhowie ze sprawnościami kucharki lub kuchcika, ratownikiem był starszy druh posiadający odpowiednie uprawnienia a służbę sanitarną zapewniała przewodniczka studiująca w szkole pielęgniarskiej i jakoś to się kręciło.

10 lat później zmiany zaszły tak daleko, że przekazawszy drużynę w dobre ręce odszedłem. Dlaczego? Bo obozy wyglądały tak:

Z powodu trudności piętrzonych przed chętnymi zorganizować obozy poza stanicami harcerskimi większość harcerzy zaczęła jeździć w te same miejsca, do których na kilka tygodni przez obozem zajeżdżało kilka ciężarówek ze sprzętem. Gromada wynajętych kolesi rozstawała cały obóz – namioty, kanadyjki, łazienki, szpital…
Kuchnia nie tylko musiała być w stałym pomieszczeniu pokrytym kafelkami ale i nie mogła obyć się bez prądu. Bo musiały w niej pracować zmywarki i maszynowe obieraczki do ziemniaków – dzieciaki nie mogły już pomagać w kuchni: przecież obierając ziemniaki można sobie zrobić krzywdę, a poza tym jak to tak – pomagać w kuchni bez książeczki sanepidu?

Obok obozu powstawał prywatny kemping dla „cywilnej” ekipy obsługującej obóz – kucharek, ratowników, pielęgniarek, zaopatrzeniowca. Zwykle nie byli oni harcerzami, więc nocami dochodziły stamtąd dźwięki soczystych libacji.

Zamiast rzekomo niehigienicznych latryn ukrytych gdzieś za krzakami w lesie, które zwykle były wykopaną wewnątrz dziurę do której załatwiało się swoje potrzeby siedząc na żerdzi a po zakończeniu akcji posypywało się po wierzchu wapnem z przygotowanej w tym celu pryzmy wapna… Niestety, ktoś wymyślił, że dobre musi ustąpić lepszemu i w wyniku odgórnych zarządzeń w centralnym miejscu obozu zagościły plastikowe toi-toje. Musiały one być na środku obozu, bo tylko tam była w stanie dojechać asenizacyjna ciężarówka, która, rozorawszy dojazdową drogę tak, że mniejsze pojazdy zarywały się w niej po osie, codziennie wypompowywała nagromadzony ładunek niemiłosiernie hałasując. Po takiej operacji toaleta wymagała czyszczenia, a była to tak przykra czynność, że nawet najgorsi rozrabiacze nie zasłużyli na taką karę – stąd nierzadko to zadanie przypadało drużynowym.

Okazało się też także że “be” są wojskowe menażki, które przez lata służyły harcerzom przy codziennych posiłkach – równolegle do wprowadzenia w harcerstwie edukacji ekologicznej musiały one ustąpić miejsca jednorazowym plastikowym talerzykom, w rezultacie czego śmieciarka musiała stać się równie częstym gościem na obozie jak cysterna do nieczystości.

Cała tradycja naszego szczepu – czyli budowanie wielkich bram do obozu w stylu Mirmiłowa także stanęła pod znakiem zapytania. Bo jakże to tak, to wysokie, można spaść, a poza tym kto to widział dawać dzieciakom do ręki piły, siekiery i gwoździe.

Zresztą, zapomnijmy o Mirmiłowie. Dzieciaki nie mogły już nawet zbudować sobie własnych pryczy czy półek. I tak zamiast niezdrowych dla kręgosłupa łóżek będących ramami z żerdzi drewnianych z wyplecionym ze sznurków legowiskiem dzieciaki przerzucić się musiały na składane łózka, tzw. kanadyjki, które poza tym, że ciągle się rozpadały z pewnością nie były wcale zdrowsze.

Namiot na platformie, obóz wrocławskiego szczepu "Maki", ok. 2000 roku
Namiot na platformie, obóz wrocławskiego szczepu “Maki”, ok. 2000 roku. Fotografia pokazuje beztroskie lekceważenie przepisów BHP przez harcerzy 🙂

Nawet tradycyjne totemy przed namiotami poszczególnych zastępów nie umknęły czujnemu oku inspekcji, która podczas jednej z wizytacji kazała je zdemontować – bo przecież ktoś by się mógł po ciemku o taki totem potknąć i zrobić sobie kuku.

Obozy nie mogły już być otaczane tradycyjną zeribą w trosce o bezpieczeństwo w razie pożaru, ale i tak nie było takiej potrzeby, bo nocne podchody nie były mile widziane (kto to widział, żeby dzieciaki się w nocy czołgały po lesie – powinny one poruszać się parami za rączki, a najlepiej w odblaskowych kamizelkach). To ostatnie znacznie ograniczało możliwość tradycyjnej pracy z zastępami takiej jak bieg patrolowy, gra strategiczna czy akcje niewidzialnej ręki. Nawet na zajęcia sportowe inspekcje patrzyły krzywo – bo jak to tak grać w piłkę między drzewami, gdzie pełno patyków i szyszek.

W rezultacie drużynowy lądował w lesie na trzy tygodnie z gromadką dzieci, z którymi nie bardzo było co robić. Cała idea samowystarczalnego obozu brała w łeb, bo dzieciaki przyjeżdżały na gotowe i wszystko miały podane pod nos. W prowadzeniu edukacji ekologicznej nie pomagały hałdy jednorazowych naczyń walających się koło śmietnika. Zdobywanie sprawności też nie było łatwe, jeśli dzieciaki nie miały dostępu do kuchni czy narzędzi do majsterkowania a już pomysł spędzenia nocy w samodzielnie wybudowanym leśnym szałasie z pewnością przyprawiłby niejednego behapowca zza biurka o palpitację serca. A przecież nie mogę przez trzy tygodnie zajmować grupy nastolatków nauką piosenek i opowieściami o bohaterstwie Szarych Szeregów. To co, kazać im szyszki liczyć? Jeszcze któremuś spadnie taka na głowę i znowu będzie problem.

Oczywiście harcerze są zaradni. W rezultacie cały obóz polegał na szukaniu kruczków prawnych (jak np. organizowanie zamiast obozu trzech biwaków pod rząd w tej samej lokalizacji), przymykaniu oczu na pewne sprawy i instruowaniu wartowników, że ich głównym zadaniem jest przetrzymanie inspekcji Sanepidu na bramie wystarczająco długo, aby cały obóz zdążył wyciągnąć z plecaków nieskazitelnie białe prześcieradła które w wyniku zarządzenia jakiegoś idioty miały zaścielać łóżka każdego harcerza.

W moim przypadku czarę goryczy przelała jedna sprawa – cały ten cyrk opisany powyżej oznaczał większe koszta. Ktoś musiał pozatrudniać te wszystkie kucharki, zakupić te wszystkie rzeczy, zapewnić regularny odbiór śmieci i nieczystości. To wywindowało koszta obozów na poziom porównywalny z normalnymi koloniami. W rezultacie wielu dzieci zwyczajnie nie było stać na wakacyjny wyjazd, co po raz kolejny podważało podstawę pracy harcerskiej – w końcu Baden Powell po to wprowadził wśród Skautów mundury, żeby nikt – biedny czy bogaty – nie czuł się gorszy od innych. Zaczęło się szukanie cięć budżetowych – i pierwszą ofiarą owych padli drużynowi, którzy, pomimo tego, że na obóz jadą do ciężkiej i odpowiedzialnej pracy – zaczęli być traktowani nie jako kadra obozowa ale jego uczestnicy. Dla wielu nie był to problem – w końcu jeździli na obozy od dziecka, więc rodziców nie dziwiło, że muszą wyłożyć parę stów dla dziecka na wakacje, choć dziecko owo nierzadko było już po maturze. Dla pracujących studentów którzy nie mogli liczyć na to wsparcie to 500 złotych robiło naprawdę dużą różnicę. A właściwie 1200 złotych, bo doświadczeni drużynowi z pocałowaniem ręki byli zatrudniani jako opiekunowie kolonijni…

A dziś drużynowym jest jeszcze ciężej. Bo choć (podobno) nie muszą już płacić za to, że chcą spędzić miesiąc wakacji na ciężkiej pracy będącej ukoronowaniem wolontariatu, w którym są aktywni przez cały rok, muszą stawiać czoła wyzwaniom nowej epoki: polityce i komórkom.

Miałem szczęście załapać się na okres, w którym można było jeszcze wybrać pomiędzy religijną i laicką wersją przyrzeczenia harcerskiego. Dziś ci, którzy nie chcą służyć Bogu, w harcerstwie nie mają czego szukać. Do tego ponieważ legenda polskiego harcerstwa – Szare Szeregi, tak dobrze wpisuje się w obowiązującą narrację gloryfikowania Powstania Warszawskiego, nie jest ono obce naciskom z prawej strony. A jednocześnie, jak wszędzie, jest to wystarczająco bogata instytucja, żeby można było ukręcić sobie trochę lodów na boku, stąd pojawiające się wszędzie – od poziomu hufca do najwyższych kręgów ZHP – finansowe skandale.

Komórki wbrew pozorom też nie ułatwiają drużynowym życia. Coraz więcej dzieciaków uzależnionych jest od gier i internetu. Na tych obozach, na których nie wprowadzono ograniczeń w przywożeniu telefonów praca drużynowego coraz częściej ogranicza się do nadzoru nad bandą zombie łażących po lesie z nosami w ekranie i rozdzielaniu sporów o dostęp do ładowarki. Ci zaś, którzy umówili się z rodzicami że komórki ich podopiecznych zostaną w domu są co chwila bombardowani telefonami od zatroskanych mamuś muszących koniecznie wiedzieć, czy ich Krzysiu wypróżnił się już po śniadaniu i czy Amelki nie boli już nóżka po tym, jak dwa dni temu nadepnęła bosą stopą na szyszkę.

Tylko w ciągu ostatnich dwóch tygodni byłem świadkiem jak trzy moje dawne koleżanki z harcerstwa histeryzują po tym, jak wysłały swoje pociechy na pierwszy obóz. Naprawdę, dziewczyny? Ty masz pretensje, że Twoja córka nie odezwała się już drugi dzień? Ty, która po przyjechaniu autostopem z Bieszczad na obóz na Pojezierzu Lubuskim na propozycję drużynowej, żeby zadzwonić do mamy i dać znać, że już jesteś na miejscu parsknęłaś śmiechem mówiąc „Oj tam oj tam, ona i tak będzie histeryzować, więc żadna równica czy zadzwonię czy nie?” Ty oczekujesz, że Twój synek będzie do ciebie dzwonił chociaż sama nie pamiętałaś o tym, żeby rodzicom wysłać pocztówkę przez całe trzy tygodnie obozu i w końcu w panice biegłaś do skrzynki pocztowej na przedostatniej stacji na której zatrzymał się powracający z obozu pociąg?

A wszystko powyższe okraszone powoli przeciekającą do nas z Zachodu kulturą pozywania wszystkiego o wszystkich. Nawet nie chcę zaczynać tego tematu…

Naprawdę, szkoda mi dzisiejszych drużynowych… Niby mówi się, że dzisiejsze czasy są inne i nie można sobie pozwolić na taką beztroskę co kiedyś, ale wiecie co? Za naszych czasów też tak mówili. Starsi zawsze narzekają, że „kiedyś było lepiej – nie to co teraz” – czego ten tekst jest zapewne wzorcowym przykładem. Tylko może tak się składa, że czasami mają rację?

Zawody w ślizgu w dal na błocie, kurs drużynowych LAS, Czarna 1996
Zawody w ślizgu w dal na błocie, kurs drużynowych LAS, Czarna 1996

Fotografie: archiwum prywatne. Jeśli się rozpoznajesz a nie masz egzemplarza, napisz, podeślę Ci w lepszej rozdzielczości 🙂 

Comments

comments