Tymczasem w Absurdystanie 90

I znowu to samo. 11 Listopada. Polskie święto niepodległości. 

Sześć lat temu w swoim pierwszym tekście dla portalu Blisty.cz próbowałem wytłumaczyć zaszokowanym Czechom dlaczego Polacy świętują swoją niepodległość organizując zamieszki w stolicy. Wyjaśniałem, w jaki sposób Jarosław Kaczyński jest współodpowiedzialny za wzrost nastrojów radykalnie prawicowych w Polsce. Dziś żyjemy w kraju, który jest rezultatem jego działań – dzięki między innymi głosom narodowców Jarosław Kaczyński, choć przez swoje kukiełki, rządzi Polską. Podczas kampanii wyborczej jego partia krytykowała “politykę wstydu” rzekomo uprawianą przez poprzednie rządy. PiS obiecał, że Polska będzie stała dumnie, z wyprostowaną głową, i zamiast się tłumaczyć ze swoich grzechów, będzie prężyć swoje muskuły, głośno wymieniając swoje zasługi. Nic więc dziwnego, że po wygranych przez nich wyborach Polacy faktycznie spodziewali się, że kiedy kraj jest w rękach tak patriotycznej partii, obchody stulecia niepodległości będą z przytupem. Oczekiwania były wysokie, bo punktem odniesienia jest 1000-lecie państwa polskiego w 1966 roku, kiedy to PRL wybudował tysiąc szkół na tysiąclecie. Nawet jeśli wielu rodaków jest zbyt młodych, żeby to pamiętać, to znaczna część populacji w takich szkołach pobierała nauki. Tymczasem w tak ważną rocznicę, w sto lat po tym, jak Piłsudski przywiózł Polakom niepodległość, reprezentanci naszego państwa muszą iść po prośbie do ONRu – organizacji, którą ponad 80 lat temu zdelegalizowano. Jak to się stało, że pomimo trzech lat na organizację obchodów, rząd desperacko rzuca się, próbując w ostatniej chwili uniknąć kompromitacji? Jak to jest, że na stulecie odzyskania przez naszą ojczyznę niepodległości oglądamy polskie wojsko maszerujące ramię w ramię z faszystami z włoskiej organizacji Forza Nuova?

Ten tekst, dłuższy niż zwykle, będzie próbą prześledzenia krok po kroku tego, jak do tego doszło.

Kliknij TUTAJ aby przeczytać poprzedni odcinek cyklu. 
Kliknij TUTAJ aby zobaczyć listę wszystkich dotychczasowych felietonów.

Rozdział pierwszy: ROZBUDZONE OCZEKIWANIA

PiS naprawdę obiecał nam wiele. Snuł piękne wizje całkowicie nowej narracji, zmieniającej nie tylko rozumienie patriotyzmu w kraju, ale i wizerunek Polski za granicą. Nowo utworzona Polska Fundacja Narodowa co chwila informowała o tym, że pracuje nad nakręceniem w Hollywood co najmniej dwóch wysokobudżetowych hitów z udziałem gwiazd, które przybliżą światu prawdę o całej historii. Co prawda jak na razie na obietnicach się skończyło, ale przynajmniej w obiecywaniu byli konsekwentni i nie przestawali zapewniać, że prace się toczą. Na stulecie niepodległości jednak wciąż nie znamy żadnych konkretów. Ale przynajmniej nakręcono klip, którego narratorem jest Mel Gibson:

https://www.youtube.com/watch?v=98n8BGu8uRA

OK, klip jak klip, ale uważni widzowie zauważyli, że z panoramy Warszawy usunięto sylwetkę Pałacu Kultury i Nauki. To akurat nic nowego, PiS znany jest z prób fałszowania historii, a to, że nad Warszawą dominuje ten budynek bardzo działa im na nerwy – być może dlatego, że przypomina, że nawet Stalin dał Polakom pałac kultury i nauki a oni Polakom do zaoferowania mają tylko świątynie i pomniki… Istotnym jest jednak również drugie, pojawiające się pytanie: czy Mel Gibson, oskarżany o rasizm i antysemityzm na pewno jest kimś odpowiednim, aby stać się twarzą Polski? Cóż, złośliwi mówią, że właśnie pasuje perfekcyjnie, ale nie uprzedzajmy faktów.

Hollywoodzkie hity to nie był jednak jedyny pomysł na rozplenianie dobrego imienia Polski w świecie. W swoim czasie dużo mówiło się także o rejsie sportowego jachtu dookoła świata, który poza udziałem w regatach miał także promować nasz kraj poprzez spotkania jego załogi z uczniami szkół na całym świecie. Projekt posypał się zanim na dobre się rozpoczął po tym, jak PFN pokłóciła się z Mateuszem Kusznierewczem, który miał nim żeglować, o pieniądze. Sprawa zakończyła się skandalem, w którym obie strony obwiniały się wzajemnie i przypisywały sobie autorstwo tego pomysłu. Wspierana przez rząd – nie tylko milionami z kieszeni podatników – Polska Fundacja Narodowa wyszła ze sporu zwycięsko i Kusznierewicz musiał obejść się smakiem. Jacht w końcu kupiono i ma nim płynąć w ramach programu o zmienionej nazwie ktoś inny. Tylko jakoś zainteresowanie mediów już nie to. Przeszukałem medialne doniesienia i nie udało mi się nawet znaleźć informacji czy już wyruszyli, a jeśli nie, to kiedy jest to planowane.

Poza tym ze strony Fundacji obracającej milionami i mającej za zadanie promować Polskę niewiele słychać. Na szczęście niezależnie od tego rząd miał również własny plan. W 2016 roku ustanowiono specjalną instytucję z budżetem 200 000 000, która miała przygotować obchody, jakich świat nie widział. Po paru buńczucznych zapowiedziach sprawa ucichła. Oczywiscie tu czy tam pojawiały się jakieś strzępki informacji – jak kiedy Mateusz Morawiecki ogłosił, że na obchody zaprosił Angelę Merkel – ale choć 11 lisopada 2018 zbliżał się dużymi krokami, wciąż nie było wiadomo co się będzie działo w tym dniu. Polacy zaczęli się poważnie zastanawiać, czy kolejnych 200 000 000 zł nie zniknęło właśnie w jakiejś czarnej dziurze. Rząd próbował ratować sytuację ogłaszając, że nie będzie jednych centralnych obchodów, a tysiące małych imprez na terenie całego kraju, aby każdy mógł w nich osobiście uczestniczyć. Rzekomo taki plan był od samego początku. Udostępniono stronę internetową z mapą wydarzeń, a ich liczba naprawdę robiła wrażenie. Jednak jeśli spojrzeć bliżej, okazało się że znakomita większość owych imprez to wydarzenia organizowane lokalnie przez szkoły, samorządy i różne pozarządowe organizacje i stowarzyszenia, które odbyłyby się i tak, i tak.

Internetowa mapa za 200 000 000 złotych to jednak trochę za mało, więc Polacy nie kupili wyjaśnień rządu. PiS zorientował się, że jest o krok od spowodowania wielkiego zawodu obywatelom. Musieli coś zorganizować i to szybko. I tu zaczęła się jazda.

Rozdział drugi – PRZYGOTOWANIA

[Dla pełnego wczucia się w atmosferę rządowych przygotowań do obchodów Święta Niepodległości proponuję szanownym czytelnikom kontynuowanie lektury w towarzyszeniu akompaniamentu muzycznego. Stosowną ścieżkę dżwiękową można znaleźć pod tym linkiem]

Sprawa nie była łatwa. Polacy oczekiwali wiele. Pierwsze co rząd musiał zrobić to ogarnąć jakoś kwestię tego, że obiecali Polakom imprezę międzynarodową na wielką skalę. To był problem, bo nawet zakładając, że któryś z przywódców światowych (poza Orbanem) dałby się zaprosić rządowi łamiącemu własną konstytucję i idącemu na zwarcie z całą Unią Europejską, było już za późno. Szczególnie, że 11 listopada to nie tylko polskie święto – najwięksi przywódcy celebrowali stulecie zakończenia pierwszej wojny światowej w Paryżu. Ale spoko, damy radę – jak mówi Beata Szydło. Wystarczy ogłosić, że przywódcy światowi przyjadą do nas świętować 11 listopada w grudniu.  I tak tu będą, bo w Katowicach odbywa się kolejny szczyt klimatyczny ONZ, a jak już będą, to głupio im będzie się wywinąć. A do tego udało nam się ugrać dodatkowy miesiąc na to, żeby wymyślić co właściwie oni mieliby w tym grudniu dla uczczenia naszej niepodległości zrobić. Super, to jedna sprawa z głowy.

No, ale skoro głowy innych państw przyjadą do nas w grudniu, to trzeba wymyśleć prezydentowi jakieś zajęcie na 11 listopada. Na narty w końcu jeszcze za wcześnie. Jakoś się tak przyjęło, że prezydent w święta narodowe rozdaje medale lub ordery. Tu jednak pojawia się problem, bo coraz więcej ludzi odmawia bycia uhonorowanymi przez prezydenta, który jest kłamcą, krzywoprzysiężcą i łamaczem konstytucji. Na krótszą metę można temu zaradzić rozdając medale swoim, ale tam już wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób mogliby się zasłużyć dla kraju medale powręczano, a głupio honorować w kółko tych samych, albo jakichś kompletnie nieznanych ludzi z przypadku. Ale i na to znalazł się sposób: postanowiono, że na stulecie odzyskania niepodległości medale otrzymają ci najbardziej znamienici Polacy – nobliści Skłodowska i Reymont, matematyk Stanisław Banach, Janusz Korczak… Pomysł wyborny, bo chyba nawet najbardziej zatwardziali KODowcy zgodzą się, że Skłodowska czy Korczak zasługują na uhonorowanie. A z drugiej strony laureaci nie wywiną nic głupiego, nie będą protestować, odmawiać czy występować w koszulkach z napisem “konstytucja” bo od dawna nie żyją. Kolejny problem załatwiony.

Kolejna sprawa – na taką okazję wypadałoby coś odsłonić, poprzecinać jakieś wstęgi… Przez pewien czas była nadzieja, że muzeum Piłsudskiego w Sulejówku, które miało być gotowe w grudniu 2017 na 150 rocznicę urodzin Marszałka będzie gotowe chociaż na listopad 2018. Ale nic z tego. Pomimo heroicznego zrywu budowlańców, udało się jedynie doprowadzić je do stanu surowego. PiS co prawda lubi otwierać nieukończone (a nawet nie rozpoczęte) budowy, ale tym razem to by chyba nie przeszło. Ale i tu pojawił się pomysł. Bo czy jest lepszy sposób na upamiętnienie Marszałka Piłsudskiego niż odsłonięcie na placu jego imienia pomnika Lecha Kaczyńskiego? Od kilku lat rządzący udowadniają nam, że podkręcanie młynka smoleńskiej sekcie jest dobre na wszystko. Przy okazji będzie można powiedzieć, że Kaczyński to był największy przywódca od czasów Piłsudskiego, i dlatego właśnie zasługuje na upamiętnienie akurat tam i wtedy. A potem będzie można użyć to jako argument – bo chyba jeśli by nie był takim wielkim mężem stanu, to by nie miał pomnika w takim prominentnym miejscu, co nie? Z Wawelem nie do końca działa, ale generalnie było warto, to może i tu się uda…

Szczególnie, że w odróżnieniu od jakichś 140 innych miast, Warszawie akurat dotychczas udało się uniknąć konieczności upamiętnienia Prezydenta Milionlecia. Wykręcali się sianem, proponując miejsca, które nie były dość godne dla pomnika Ukochanego Przywódcy. Na szczęście rząd przejął już plac Piłsudskiego aby pod pretekstem jego strategicznej ważności wojskowej wybudować tam model schodków kończących plansze Super Mario Bros, dla nie poznaki nazwane pomnikiem Smoleńskim. A skoro już miasto może im skoczyć, to wsadzimy tam również pomnik Kaczyńskiego. Ogłoszono konkurs na projekt pomnika, ale lewackie wpływy dały o sobie znać i wygrał projekt, w którym sympatyczny starszy pan spaceruje po placu, przebijając ściany. To nie jest sposób upamiętniania zgodny z wartościami polskiej prawicy. Dlatego wyniki konkursu olano i wzorców zaczęto szukać gdzieś indziej. Znaleziono je w dalekim Turkmenistanie i postanowiono przenieść na nasz grunt – bo w końcu, czy Lech Kaczyński był gorszy niż jakiś tam Turkmenbasza?

I tak od killku dni, nad placem Piłsudskiego dominuje źle ubrany Lech Kaczyński w za długich spodniach. Dominuje, bo choć miał być porównywalnej wielkości z pomnikiem Marszałka, jest od niego nieco większy a dodatkowo stoi bliżej środku placu, więc wizualnie marszałek został schowany do drugiego szeregu. 

Na marginesie obchodów pokazano także nowy projekt polskich paszportów. Wzbudził on kilka kontrowersji – co prawda nie widnieje na nim Wilno i Lwów, jak to pierwotnie planowano, ale można znaleźć hasło  “Bóg, Honor, Ojczyzna” (tyle w temacie neutralności religijnej państwa) i twarze licznych ojców polskiej niepodległości, w tym Romana Dmowskiego, który, przy wszystkich swoich zasługach dla odbudowy naszej ojczyzny, był jednak także antysemitą… Teraz tylko pytanie, czy jak pogranicznik w Izraelu przywali takiemu Dmowskiemu na czoło pieczątkę, to będzie to obraza naszego narodu czy nie?

I tak powoli wszystko jakoś się turlało aż nagle, jak grom z jasnego nieba organizatorów przeszyła niespodziewana wiadomość. Otóż okazało się, że 11 listopad to nie tylko zakończenie I Wojny Światowej, ale także, przynajmniej w tym roku, niedziela! Jakże to tak, świętować bez długiego weekendu? W Polsce to nie uchodzi. Dlatego PiS zdecydował się, że uszczęśliwi Polaków dodatkowym dniem wolnym od pracy. Stosowne prawo zaczęto w panice przepychać przez sejm, ale kiedy wylądowało w senacie, zostało zwrócone do poprawek. Nie przeszkadzało to oczywiście prezydentowi ogłosić, że ustawę, która jeszcze nawet nie istnieje w swojej ostatecznej wersji, podpisze. Cały Adrian!

W końcu udało się i w środę siódmego listopada Polacy dowiedzieli się, że w poniedziałek mają wolne. Chyba, że są lekarzami, to wtedy nie, bo muszą wykonać planowe zabiegi. Albo pracują w innych ważnych miejscach. Ale nie w szkołach, bo szkoły mają wolne. Jeśli ktoś jest lekarzem i nie ma z kim zostawić dzieci, które nie pójdą do szkoły to ma problem, ale co to kogo obchodzi, jest święto narodowe, nie psujcie radości takim malkontenctwem. Tylko na wszelki wypadek zróbcie większe zakupy, bo wciąż nie jest jasne, czy w poniedziałek sklepy będą otwarte czy nie… Trochę był też przypał z sądami, bo jeden weekend to trochę za mało, żeby poprzekładać wszystkie planowane na ten dzień rozprawy… Generalnie, wszystko zakończyło się totalnym rozpierdzielem, a dodatkowy dzień wolny od pracy według ekonomistów, kosztować będzie gospodarkę sześć miliardów złotych. Nie licząc kosztów bałaganu…

Tymczasem te histeryczne szamotanie się PiSu zwróciło uwagę Polaków na fakt, że do obchodów pozostało jedynie kilka dni, a tu nic nie słychać o tym, żeby cokolwiek było gotowe. Było oczywiste, że PiS desperacko próbuje zmontować coś na ostatnią chwilę, potykając się co chwila. Na przykład KPRM ogłosiła, że będzie koncert, w którym weźmie udział zespół Video. Jego menadżerka zaprzeczyła, jakoby zespołowi cokolwiek było wiadomo na ten temat. W internecie niezwykłą popularność zaczął zdobywać mem z konikiem:

Coś trzeba było wykombinować i to szybko. Na szczęście są w kraju tacy, którzy z powodzeniem od wielu lat organizują tego dnia imprezę na wielką skalę – to narodowcy, co roku maszerujący przez warszawę w dymie i świetle z odpalonych rac. Kiedyś zwykle kończyło się to zamieszkami, ale od kiedy nastały rządy PiS, Narodowcy mają się jak pączki w maśle i nikt nie śmie ich ruszyć palcem, więc te marsze z marszów, w których walczą o uznanie, zmieniły się w marsze zwycięstwa. Ale to dobrze, bo skoro marsze powoli przestają kojarzyć się z demolowaniem miasta, to można podczepić pod nie rząd i ogłosić, że jest to ogólnonarodowy marsz jedności narodu, prawda?

Prezynt Duda natychmiast zaprosił byłych prezydentów i liderów opozycji do wspólnego maszerowania, ale ci jakoś nie wykazali entuzjazmu. Być może dlatego, że w tym samym czasie mniej więcej do udziału w marszu zapraszali również patrioci innego sortu:

https://youtu.be/BJwsJGTovK8

Pomysł zakończył się klapą tak totalną, że nawet prezydent Duda ogłosił, że nie skorzysta z zaproszenia prezydenta Dudy i na marsz nie pójdzie. Oficjalnie winnni temu byli narodowcy, którzy nie zgadzali się z jego koncepcją imprezy. I wcale się im nie dziwię, bo koncepcję PiS można streścić w jednym zdaniu: “Pójdziemy z Wami i powiemy wszystkim, że to nasz marsz, ale jak ktoś wyskoczy z jakimiś krzyżem celtyckim albo rasistowskim hasłem, to to będzie Wasza wina”.

I tak na kilka dni przed stuleciem niepodległości naszej Ojczyzny, PiS stanął przed koniecznością zorganizowania własnego marszu od zera. Sprawy nie ułatwiał fakt, że nacjonaliści już wcześniej zarezerwowali sobie najbardziej prominentne ulice w stolicy i nie bardzo dało się ich usunąć. Korzystając z reformy ustawy o zgromadzeniach, którą PiS przeforsował chcąc chronić swoje miesięcznice smoleńskie, zarejestrowali swój marsz jako imprezę cykliczną, a takie mają pierwszeństwo. PiS próbował argumentować, że to imprezy rządowe mają pierwszeństwo, ale oczywiście nic to nie dało, bo ich własna ustawa tego nie przewidziała, więc był to argument wzięty totalnie z miejsca, w którym plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Totalny pat.

Lecz nagle – deus ex machina! Hanna Gronkiewicz-Waltz zdecydowała, że zakaże marszu narodowców. PiS natychmiast wskoczył w zwolnione w ten sposób miejsce, i ogłosił, że zorganizuje własny marsz na tej samej trasie. Narodowcy tymczasem oznajmili, że decyzję sądu mają w dupie i zamierzają i tak maszerować, a jak się komuś nie podoba, to niech ich spróbuje zatrzymać. Dwa marsze – legalny i nielegalny – w tym samym czasie, w tym samym miejscu… Zanosiło się na niezłą zadymę.

Do tego sąd uchylił decyzję prezydent Warszawy i nagle okazało się, że oba nakładające się na siebie marsze będą legalne. PiSowi nie pozostało nic innego jak wrogie przejęcie marszu niepodległości.

I tu pojawił się problem, bo akurat panowała epidemia psiej grypy. Policjanci masowo szli na zwolnienia lekarskie (co świadczy o tym, jakie mamy w Polsce państwo z tektury, że każdy może sobie załatwić zwolnienia lekarskie kiedy chce). Jednak biorąc pod uwagę, że w niektórych miastach nawet 46% policjantów było na zwolnieniach kwestia bezpieczeństwa podczas obchodów w Warszawie stała się naprawdę krytyczna. Komendanci policji błagali i grozili swoim podwładnym. Próbowali ich także przekupić programem 1000+ za dołączenie do ochrony marszu. Wszystko na nic. W końcu rząd w akcie desperacji zdecydował się ugiąć i usiąść do negocjacji ze związkowcami. Podobno z góry poszedł przykaz, że mają doprowadzić do porozumienia za wszelką cenę. Niestety wynegocjowane przez liderów związkowych podwyżki nie usatysfakcjonowały szeregowych funkcjonariuszy. Nie pozostało więc nic innego jak wprowadzić do gry wojsko.

Tak. Wojsko. Doszło już do tego, że na stulecie niepodległości Polacy znowu będą oglądać czołgi na ulicach. Organizacyjnie problemu nie było, bo właśnie odbywały się manewry NATO, więc wystarczyło przekierować oddział transporterów opancerzonych do Warszawy, żeby zaparkowały na placu Dmowskiego, uniemożliwiając w ten sposób zbieranie się tam narodowców. Pojawiły się też informacje o tym, że marsz chronić będzie Żandarmeria Wojskowa, ale jakoś zginęły w nawale innych – co zapewne ucieszyło rząd, jeśli zorientował się, że wyprowadzanie żołnierzy na ulicę to prawnie rzecz biorąc wcale nie taka prosta sprawa.

W końcu jednak na dwa dni przed planowanym marszem zapanował totalny chaos. Nikt nic nie wiedział, nic nie było pewne i całkiem prawdopodobne wydawało się, że jeśli rząd pójdzie na zwarcie z narodowcami, to będziemy świadkami zamieszek na niespodziewaną wcześniej skalę. Nie wiedząc, czego się spodziewać, PiS wykorzystał odbywające się w sobotę odsłonięcie pomnika Kaczyńskiego na wygrodzenie połowy stolicy barierkami.

https://www.facebook.com/mariusz.malinowski.5496/videos/759979504337423/

Prace przy barierkach zmusiły organizatorów Pikniku Historycznego do przerwania imprezy – ciężarówki i ciężki sprzęt poruszające się wśród tłumów stanowiły zwyczajnie zbyt wielkie ryzyko…

Rozdział trzeci: MARSZ SCHRÖDINGERA

Na szczęście nie doszło do najgorszego. Organizatorom rządowym udało się wreszcie dojść do kompromisu z narodowcami. Jego rezultatem był jeden wspólny marsz, który jednocześnie był dwoma osobnymi marszami. Wiecie, taki marsz Schrödingera: jeśli zakończyłoby się zadymą, rząd mógłby zwalić na narodowców, ale jeśli wszystko pójdzie OK, z dumą przypisać sobie zasługi w zorganizowaniu udanej imprezy. Z kolei narodowcom udało się zachować twarz, bo choć de facto rząd postawił na swoim, oni ciągle mogli twierdzić, że ich marsz jest całkiem osobną imprezą. Jak by nie było, uczestnicy obu marszów przed wyruszeniem w drogę stali obok siebie, co pozwoliło na zrobienie zdjęć, które obiegły świat, na którym polscy żołnierze stoją ramię w ramię z faszystami z włoskiej organizacji Forza Nouva:

https://twitter.com/StasinskiM/status/1061654913137233921

W sumie marsz w Warszawie przebiegł dość spokojnie. W odróżnieniu od Wrocławia, gdzie uczestnicy marszu zorganizowanego przez faszystowskiego byłego księdza antysemitę Jacka Międlara zaatakowali kontrmanifestantów, raniąc dwóch z nich i ochraniającego ich policjanta. W rezultacie tych i innych incydentów marsz rozwiązano, ale jego liderzy poza paroma wulgarnymi komentarzami nie przejęli się tym zbytnio, kontynuując wygłaszanie swoich pełnych mowy nienawiści przemów, w których przy aprobacie uczestników beztrosko obrażali prezydenta miasta i “innych Żydów i kurwy”, których uważają za wrogów Polski.

https://twitter.com/nietabeata/status/1061721459800838145

W porównaniu z Wrocławiem marsz w Warszawie to był faktycznie niemalże rodzinny piknik, więc rząd szybko przypisał sobie wszelkie zasługi i sukcesy w tym temacie. Ale być może pośpieszył się nieco, bo fotografie i zdjęcia z Warszawy zaczęły obiegać świat. Okazało się, że nawet pomimo akcji służb mających na celu zatrzymanie największych radykałów, i tym razem nie udało się uniknąć obecności na marszu elementów rasistowskich, faszystowskich i innych zachowań typowych dla skrajnej prawicy:

https://www.facebook.com/oko.press/posts/2197621237166081

Liczni uczestnicy marszu dość jasno wyrażali swoje poglądy polityczne, skandując “Polska dla Polaków” czy “Europa dla Europejczyków”:

https://www.facebook.com/oko.press/videos/1195141360645189

Było też dość oczywiste, że wielu z nich nie popiera polityki imigracyjnej rządu Mateusza Morawieckiego. Popularnosć zdobyła przyśpiewka “Morawiecki – chcesz murzyna, to go sobie w domu trzymaj”:

https://twitter.com/strajkeu/status/1061645239230832640

Nieco później tłum skandujący “Precz z Unią Europejską” spalił europejską flagę śpiewając “szmata, szmata pali się”. Organizatorzy bynajmniej nie odcięli się od tego rodzaju zachowań:

https://twitter.com/Damian_Kita/status/1061991323295735809

Pomimo zapewnień organizatorów (tak prawicowców, jak i tych ze strony rządowej) okazało się, że nie wszyscy na marszu są mile widziani. Dziennikarka Gazety Wyborczej została zaatakowana przez zamaskowanego mężczyznę.

Jak zwykle kompletnie zignorowano prawo zakazujące używania pirotechniki podczas tego rodzaju masowych wydarzeń. Co poradzić – race są głęboko zakorzenione w kulturze chuliganów stadionowych, a folklor nowoczesnych patriotów wprost wywodzi się z tego środowiska. Prawo było łamane tak powszechnie, że race odpalali nawet ratownicy i strażacy na służbie, co zaszokowało korespondentów zagranicznych:

https://twitter.com/crsdavies/status/1061623118542843904

W końcu nawet do rządu dotarło, że marsz jednak nie przebiegł tak, jak to przedstawiała TVP. Zagraniczne media huczały od artykułów opisujących, że polski rząd i prezydent maszerowali wśród faszystów i stadionowych chuliganów. PiS postanowił odciąć się od tych zachowań i nakazał policji zatrzymanie osób podejrzanych o łamanie prawa o używaniu materiałów pirotechnicznych.

Wyznaczono także nagrodę w wysokości 5000 zł za informację o tym, kim była osoba, która spaliła flagę Unii Europejskiej. Wkrótce po tym na jeden z komisariatów zgłosił się skarbnik Młodzieży Wszechpolskiej, który poinformował, że za spaleniem flagi stoi prezes tej organizacji, a następnie oznajmił, że oczekuje wypłacenia nagrody. Wszechpolacy ogłosili, że pieniądze z nagrody przeznaczą na swoją działalność statutową, ośmieszając w ten sposób rząd, bo nawet biorąc pod uwagę konieczność opłacenia grzywny najprawdopodobniej wyjdą na tym na plus. Nic więc dziwnego, że choć policja potwierdziła, że wizyta rzecznika na komisarciacie była faktem, nie potwierdziła wypłacenia mu nagrody. Ale to już nawet nie jest tak istotne – ten prztyczek w nos, którym poczęstowali rząd narodowcy, to tylko wisienka na torcie. 11 listopada był ich zwycięstwem na całej linii:

– w stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości to Narodowcy byli jedynymi, którzy z sukcesem zorganizowali wielką imprezę.
– choć rząd próbował na różne sposoby przejąć ich marsz, jedyne co uzyskał to międzynarodową kompromitację – narodowcy i tak maszerowali po swojemu
– z powodu braku alternatywy dziesiątki tysięcy zwykłych Polaków, głodnych poczucia wspólnoty w ten jakże ważny dzień, maszerowało wspólnie z radykalną prawicą w zorganizowanym przez nacjonalistyczne organizacje marszu. Teraz Wszechpolacy i ONRowcy mogą z dumą ogłaszać, że są już naprawdę wielką siłą, bo na zorganizowanym przez nich marszu obecnych było, zależnie od szacunków, od 125 000 do ćwierć miliona ludzi.

Media rządowe pełną mocą propagandowych szczekaczek pompowały narrację, że marsz był wielkim sukcesem PiS. To jednak nieistotne. Pat i Mat z czechosłowackiej bajki o sąsiadach także kończą niemal każdy odcinek charakterystycznym gestem, którym wyrażają swoje zadowolenie, że rezultat ich chaotycznych i nieudolnych działań w zupełności ich zadowala. Ale każdy, kto oglądał wie, że właśnie byliśmy świadkami totalnej katastrofy. I tak jest też w Polsce – Kaczyński zupełnie stracił kontrolę nad ożywionym przez siebie golemem. Dżin wydostał się z butelki i będzie bardzo trudno wtłoczyć go do niej z powrotem. Sam PiS zaś na własne życzenie znalazł się między młotem a kowadłem – z jednej strony naciskany przez nieudolną, jednak wciąż silną opozycję. Z drugiej strony narażony na gniew rzesz narodowców, którzy dali się złapać na obietnice twardego kursu przeciwko imigracji, a teraz czują się zdradzeni.

Jednak kij z PiSem. Najgorsze, że to prawdziwa tragedia dla Polski. Bo w czasach, kiedy Europa i Świat ma przed sobą wielkie wyzwania – takie jak kryzys Unii Europejskiej, nieprzewidywalny prezydent USA i globalne ocieplenie, my znowu będziemy musieli pracować nad scalaniem głęboko podzielonego społeczeństwa.

W tym kontekście wydaje się, że wykonana na okolicznościowym koncercie przez Ewę Farnę Arahja jest bardzo trafnym komentarzem:

https://www.youtube.com/watch?v=B7sXl9UzOZ8

Piosenka powstała w 1988 roku i opisuje Berlin, który wtedy wciąż przedzielał betonowy mur. Dziś jednak te słowa wydają się opisywać sytuację w naszym kraju:

“Moja ulica murem podzielona
Świeci neonami prawa strona
Lewa strona cała wygaszona
Zza zasłony obserwuję obie strony”

Tak właśnie czuje się dziś wielu rodaków.

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10155976516947507&set=a.83650912506&type=3&theater


Tekst powstał dla portalu Britske Listy. 
Zdjęcie główne: Domena Publiczna

Comments

comments

Dodaj komentarz