O polskich kierowcach słów kilka

Wasz niestrudzony reporter dotarł właśnie, za kierownicą swojego bolidu, do pięknego miasta na Morawie – Brna. Na trasie z Wrocławia do Brna nadarzyła się okazja porównania stylu prowadzenia auta naszych rodaków oraz naszych południowych sąsiadów. I jakie wnioski? Cóż…

downloadDziesięć lat temu odbyłem swoją pierwszą długodystansową podróż. Pojechałem do Splitu (Chorwacja), skąd promem przeprawiłem się na wyspę Hvar. Pamiętam jakim szokiem był dla mnie fakt, że w Austrii, na drodze szerokiej jak lotnisko postawiono znaki, na których po polsku napisane było, że należy jechać możliwie blisko prawej krawędzi drogi.
Trochę ubodło to wtedy moją dumę narodową, a całkowicie znokautowały mnie komentarze Chorwatów na temat nowego wzoru polskich tablic rejestracyjnych, który podówczas wchodził na zderzaki krajowych samochodów. Otóż Chorwaci byli niepocieszeni: “jak mieliście czarne tablice, to z daleka widać było, że jakiś wariat jedzie, i że trzeba usunąć się z drogi. A teraz będziecie nas brać z zaskoczenia”…

Minęło 10 lat, jesteśmy w Unii, jesteśmy częścią Schengen i wydawałoby się, że minęło wystarczająco dużo czasu, aby standardy nieco się zmieniły, bo nasi szoferzy mieli okazję zjeździć całą Europę i podpatrzeć zwyczaje w cywilizowanych krajach. Niestety, przyjazd do Polski wciąż jest wielkim wyzwaniem dla przywykłego do zachodnich standardów kierowcy.
Wciąż prawdziwe jest spostrzeżenie, że jeśli będzie się jechało tyle w milach, ile można w danym miejscu w kilometrach, to często będzie się kierowcą poruszającym się z przeciętną na danym odcinku prędkością… Moi wciąż mieszkający w Polsce znajomi prześcigają się w wynajdywaniu usprawiedliwień dla takiego stanu rzeczy – a to drogi kiepskie, a dojechać trzeba, a to nie dość jest autostrad, a to znakolodzy poustawiali wszędzie znaki od czapy…

Tymczasem infrastruktura u naszych południowych sąsiadów nie różni się zbytnio od naszej – drogi także są wąskie i często dziurawe, prowadzące przez małe wioski i miasteczka, a żeby przejechać się autostradą także trzeba często nadkładać drogi… Jakoś jednak po przejechaniu granicy w Boboszowie, jeśli wyłączyć z rozważań kierowców na polskich tablicach, średnia prędkość spada o jakieś 20 km/h… Niczym nadzwyczajnym jest spotkanie kogoś kto jedzie 10 km/h poniżej obowiązującego ograniczenia do 90 – podczas, gdy jedynie nieco bardziej na północ rzadkością jest spotkanie kogoś, kto jedzie z prędkością mniejszą niż 100…

Skąd w nas takie kozactwo, dlaczego jest to nasza narodowa cecha? Może ja nie jestem Prawdziwym Polakiem, ale mi znacznie przyjemniej jedzie się z prędkością 90-100 na godzinę, podziwiając widoki niż z prędkością 130 i nerwami napiętymi jak postronki. Bo takiemu przecież to co chwila ktoś “wyjedzie” czy “wymusi”…

Wydaje mi się, że wynika to z jakiegoś takiego polskiego mitu, w którym samochód jest jakimś przedłużeniem jestestwa. Na przykład na letni kurs, którego jestem uczestnikiem, kilka osób przyjechało samochodami. Pod akademikiem, w którym jesteśmy zakwaterowani stoją równo rządkiem auta na rejestracjach niemieckich, brytyjskiej (moje), chorwackiej oraz austriackiej. Stoją równiutko od pierwszego dnia kursu… Tylko dwa samochody Polaków zmieniają miejsce parkowania po kilka razy dziennie… Nie wiem, gdzie oni jeżdżą, skoro praktycznie spod drzwi do centrum, gdzie mieści się stołówka oraz gdzie odbywają się nasze zajęcia, odjeżdżają dwie linie tramwajowe, trzy trolejbusowe i jedna autobusowa…

A jakby ktoś chciał zarzucić mi, że sobie to wszystko wymyślam, oto zdjęcie które zrobiłem w jednej z wiosek przez które przejeżdża się jadąc z Wrocławia do Brna drogą 43: jak widać baner kierowany jest specjalnie do Polaków… Choć jest już postęp, moja znajoma mieszkająca na polsko-czeskim pograniczu mówi, że jak wariaci jeżdżą tylko Polacy z Polski północnej – południowcy wiedzą zbyt dobrze jak bolesne dla portfela jest lekceważenie przepisów w České republice…

download


Tekst ukazał się w portalu gazetae.com

Comments

comments