Tymczasem w Absurdystanie 86

Jest powód do radości! Jeśli wszystko dobrze pójdzie, wkrótce będziemy mieli nowe święto! Narodowy Dzień Pamięci Duchownych Niezłomnych został zaakceptowany przez Sejm i stosownymi aktami prawnymi zajmuje się teraz Senat. Będzie to dzień, w którym czcić będziemy pamięć wszystkich tych duchownych, którzy walczyli o polską wolność. I słusznie, bo należy pamiętać o niezłomnych, którzy nie bali się iść pod prąd, a tak się składa że akurat Kościołowi Katolickiemu nie bardzo było po drodze z polską niepodległością. Chętniej wspierał naszych wrogów – Targowicę, Carycę Katarzynę, Zaborców, w końcu nazistowskie Niemcy… Kiedy na przykład w 1918 roku odzyskaliśmy niepodległość, Watykan był jednym z ostatnich państw zachodniej Europy który uznał państwo polskie (w końcu marca 1919). Ale już w 1939 bardzo śpieszno mu było do uznania zwierzchności hitlerowskich Niemiec nad Polską – pierwsze nawoływania biskupów do podporządkowania się okupantom słychać było zanim jeszcze padła Warszawa. A mimo to miliony Polaków wciąż wierzą, że Kościół jest gwarantem naszej niepodległości – czyżby jakaś forma syndromu sztokholmskiego? 

W drugą stronę wątpliwości nie ma. Państwo polskie staje na głowie aby chronić interesy Kościoła, nierzadko wbrew swoim własnym interesom (jak wtedy, kiedy opłaca z budżetu pracę katechetów, choć konkordat bynajmniej go do tego nie zobowiązuje). Kościół  i wiara są w Polsce niedotykalne, choć niektórzy oczywiście próbują. Aktualnym mistrzem kraju w obrażaniu uczuć religijnych jest Jerzy Urban, którego właśnie skazano na rekordową grzywnę 120 000 zł + koszty postępowania. To trzy razy tyle, ile żądał prokurator, 24 razy tyle ile za swoją opinię na temat autorów Biblii dostała Doda i 120 razy tyle, ile Urban dostał pierwotnie w sądzie nakazowym. Jaki jest jego grzech? Publikacja obrazka ze zdziwionym Jezusem, który ilustrował artykuł o tym, że w skali świata religie tracą na znaczeniu.

Wsparcie państwa dla Kościoła w jego walce z postępem i przemianami społecznymi znacznie się wzmocniło od kiedy do władzy doszedł PiS, ale oczywiście to nie jest tak, że tylko PiS podlizuje się duchownym. W Lublinie Marszu Równości zakazał Krzysztof Żuk, prezydent miasta z Platformy Obywatelskiej, co gorąco poparł wojewoda Przemysław Czarnek z PiS (to tak, jakby ktoś chciał się nabrać na tą narrację, jakoby PO odróżniało się od PiS tym, że jest otwarte na przemiany społeczne). Sąd tą decyzję uchylił, co bardzo zmartwiło wojewodę. Jako reprezentantowi państwa bardzo nie spodobało mu się, że  “sąd dostrzega prawa jakiejś mniejszości”. Tak czy tak marsz się odbył, choć policja zmuszona była udrażniać jego trasę z prawdziwych patriotów przy użyciu gazu łzawiącego i armatek wodnych:

Tak się złożyło, że mniej więcej w tym samym czasie w Polsce złożyła wizytę specjalna wysłanniczka ONZ do spraw praw kulturalnych. Chciała porozmawiać o tym, jak w Polsce szanowane są prawa mniejszości, ale akurat nikt ważny nie miał czasu aby się z nią spotkać. Jednak taktyka chowania głowy w piasek nie zadziałała i wysłanniczka mimo to zdołała zauważyć, że w Polsce problemem jest to, że rząd nie tylko toleruje mowę nienawiści, ale i sam w ten sposób się wyraża (chodziło tu np. o wypowiedź ministra Błaszczaka, który poznański Marsz Równości nazwał “paradą sodomitów”). Wysłanniczka zwróciła uwagę, że jeśli takie wyrażenia stają się częścią dyskursu głównego nurtu, to mamy poważny problem. Przedstawiciel rządu do spraw równości w odpowiedzi oskarżył ją o  “ubliżanie narodowi”.

Ciekaw jestem, czy za ubliżanie narodowi, tym razem irlandzkiemu, można by uznać wypowiedź Kai Godek, która w jednym z programów telewizyjnych powiedziała, że Irlandia nie może być nazywana krajem katolickim i nazwała jej premiera dewiantem? I czy homoseksualiści są częścią tego narodu, czy nie? Czy jeśli Patryk Kobyłko (na zdjęciu u góry tekstu), były już kandydat partii Wolność, w lokalnych wyborach w Lublinie groził im śmiercią podczas Marszu Równości, to też jest to coś złego? I jak określić jego słowa, które napisał do swojej niedoszłej sympatii, kiedy dowiedział się, że jest lesbijką: “tęczowa swołoczo, gardzę Tobą i Twoją osobą (…) Pewnego dnia jeszcze o mnie usłyszysz, będę miał na rękach krew tej waszej czerwonej hołoty (…) całe twoje zakłamane, parszywe, bolszewickie i tęczowe kurestwo  zostanie wyrżnięte w pień” i tak dalej, i tak dalej.

Nie jest to jedyny skandal, w który zamieszani są kandydaci z obozu korwinistów (co prawda reprezentują różne partyjki, ale ogólnie można ich tak nazwać z racji tego, że Korwin znany jest z tego, że wciąż zakłada nowe partie, z których następnie wylatuje jak tylko jego zwolennicy nieco dorosną i zrozumieją jakim jest pajacem). W Rzeszowie niejaki Artur Hippe również musiał zrezygnować z kandydowania po tym, jak okazało się, że jest dobrze znany w okolicy ze składania nieprzystojnych propozycji dziewczętom w wieku poniżej 15 lat… Sam Korwin tymczasem robił z siebie pajaca w ogólnopolskiej telewizji – wziął on udział w debacie kandydatów na stanowisko prezydenta Warszawy, podczas której obiecał, że za jego rządów nie będzie na ulicach Warszawy żadnych maratonów, parad równości czy innych sodomitów czy zoofilów. No chyba, że na torach kolejowych, żeby blokowali pociągi a nie kierowców, którzy według niego są najbardziej ciemiężoną grupą społeczną. Wyobraźcie sobie, że Hanna Gronkiewicz Waltz zakazuje im skręcać w lewo na rondach (to chyba pierwszy raz w historii, kiedy Korwin walczy o możliwość skrętu w lewo!). Korwinowi udało się także poinformować widzów, że smog to bzdura wymyślona przez rząd w celu zmuszenia biednych ludzi, żeby zamiast węglem ogrzewali swoje domy gazem lub elektrycznością, od których rząd pobiera akcyzę. 

Na szczęście jak zwykle nie zanosi się, aby Korwin uzyskał jakikolwiek znaczący wynik. Dwoma faworytami są Rafał Trzaskowski z PO i Patryk Jaki z PiS. Niestety dla Jakiego, podczas debaty nie wypadł znacznie mądrzej od Korwina. Nie było to niespodzianką dla nikogo, kto śledzi jego kampanię wyborczą, składającą się z niekończącego się strumienia gaf i kompromitacji, które w zamierzeniu miały być sprytnymi zagraniami PR. Z racji tego, że Jaki wszystkim wszystko obiecuje, jego kampanii brakuje konkretów, które można by brać na serio. Z tego powodu PiS ucieka się do straszenia wyborców tym, że jeśli wygra Trzaskowski, Warszawa nie dostanie pieniędzy od rządu – sugerowali to już nie tylko aktywiści PiS ale i sam Jaki. To oczywiście nie odbiło się dobrze na sondażach, więc Jaki wykonał gwałtowną woltę, pragnąc pokazać się jako kandydat niezależny od PiS i podczas debaty pokazał swoją rezygnację z członkostwa w swojej partii (akurat nie PiS tylko jednego z jej satelitów). To oczywiście okazało się kolejnym samobójem, bo Trzaskowski momentalnie wykorzystał to do sugestii, że najwyraźniej to wstyd być członkiem obozu rządzącego. Powszechnie wyśmiewany w internecie fakt, że po debacie rzekomo bezpartyjny Jaki wsiadł do podstawionego mu przez sztab autobusu obklejonego wielkim logiem PiS jeszcze pogłębił to upokorzenie. 

Bo oczywiście rezygnacja Jakiego z członkostwa w swojej partii czyni z niego mniej więcej tak bezpartyjnego i niezależnego polityka, jak bezpartyjnym i niezależnym politykiem jest Andrzej Duda, czy jak bezpartyjni i niezależni są powoływani przez PiS na miejsce legalnie wybranych członkowie najwyższych instytucji sądownictwa. Dość powiedzieć, że nowy szef KRS oznajmił właśnie niedawno, że w sprawie tego, jak zareagować na decyzję europejskich trybunałów badających kwestię łamania w Polsce praworządności “będzie się konsultować z rządem”. To by było na tyle trójpodziału władzy. 

Z drugiej jednak strony o ile zamach PiS na praworządność jest rzeczą skandaliczną, to faktem jest, że wykorzystali do tego prawdziwy pretekst: polskie sądy faktycznie wymagają reformy – ich młyny mielą wolno (a po PiSowskiej deformie jeszcze nawet wolniej, chyba, że chodzi o sprawy oponentów PiS, którzy traktowani są priorytetowo, choć nie do końca uczciwie – sędziemu Tulei, odpowiadającemu przed sądem dyscyplinarnym za krytykę PiS, na przykład odmówiono prawa do posiadania obrońcy). Również policja coraz więcej mocy przerobowych musi poświęcać takim sprawom jak śledzenie opozycji. W innych sytuacjach jednak policja okazuje się bezradna, tak jak w sprawie kierowców ryzykujących życie swoje i przypadkowych ludzi poprzez urządzanie szaleńczych rajdów po Warszawie (nie, tym razem nie mówię o kierowcach BORu). Jeden z nich czuje się na tyle bezkarny, że publikuje swoje wyczyny w internecie:

Policja ustaliła jego tożsamość i odebrała mu prawo jazdy, ale to zupełnie nie przeszkadzało mu w kontynuowaniu jeżdżenia po mieście w podobny sposób. Od nakręcenia tego filmiku minęły cztery lata a jego autor ma na koncie ponad 100 wykroczeń drogowych, w tym najcięższe – powodowanie zagrożenia katastrofą w ruchu lądowym, za które grozi całkiem długi wyrok. Ostatnio znowu złapano go na jeździe bez uprawnień, on jednak ignoruje wezwania na policję, choć grozi mu kolejna sprawa sądowa. Znacznie ważniejsze dla niego jest zgrywanie celebryty w internecie, i choć co głupszym ludziom imponuje, większość Polaków naprawdę ma dość tego, że ktoś taki gra na nosie policji i jest całkowicie bezkarny. Nic dziwnego, że po tragicznym wypadku na Słowacji, w którym kilku innych “rajdowców” ścigając się na drodze publicznej zabiło człowieka, wielu Polaków otwarcie wyraża zadowolenie, że owi idioci, dobrze już znani drogówce w Polsce, sądzeni będą za granicą. Bo nauczeni doświadczeniem Polacy liczą na to, że sąd słowacki w odróżnieniu od polskiego będzie w stanie przykładnie ich ukarać. 

Idioci za kółkiem nie są jednak jedynym motoryzacyjnym tematem który ekscytuje Polaków. Na fali zapotrzebowania na patriotyczne uniesienia rośnie w narodzie oczekiwanie na “odbudowę polskiego przemysłu motoryzacyjnego”. Nie chodzi oczywiście o to, aby w Polsce produkowano samochody, bo w Polsce akurat samochodów montuje się bardzo dużo. Chodzi o to, aby były to samochody “naprawdę polskie”. Z tym może być problem, bo żeby coś odbudowywać, to trzeba mieć z czego, a jedynym od czasu wojny wykwitem polskiej myśli technicznej, który doczekał się tego, że mógł nim jeździć przeciętny Kowalski, była Syrena, przy której Trabant był szczytem wyrafinowanego designu i bezawaryjności. Polacy jednak liczą na więcej i nostalgia za Polonezem, przekonywanie wszystkich, że Maluch był tak naprawdę polskim autem i hejtowanie Škody i kpiny z Czechów, że sprzedali się Niemcom już nie wystarczają. 

Dlatego regularnie pojawiają się firmy, które obiecują Polakom podróż do tej krainy marzeń, w której byliśmy motoryzacyjną potęgą. Wieloletnia saga o supersamochodzie Arrinera Hussarya zakończyła się ostatnio wyrokiem, w którym sąd przyznał rację dziennikarzowi, który już w 2012 roku napisał, że jest to tylko wydmuszka mająca zasysać pieniądze od inwestorów. Niedawna premiera Nowej Warszawy również okazała się niewypałem po tym, jak Ford zdementował twierdzenie producenta o tym, jakoby miał dla grającego na nostalgii do garbatej Warszawy wynalazku dostarczać podzespoły. Z kolei Nową Syrenką zajęło się CBA – śledczy próbują dojść, gdzie podziały się 4 000 000 rządowej dotacji, za które zamiast gotowego do produkcji w 2016 roku modelu otrzymaliśmy kilka prototypów na podzespołach Opla, wyglądających, jakby w garażu pod blokiem pospawali je Cytryn i Gumiak mając do pomocy szwagra i kilku podekscytowanych gimnazjalistów.

Ale nie martwcie się, chętnych do stawiania polskiej motoryzacji na nogi nie braknie, szczególnie od kiedy premier Morawiecki ogłosił, że polska motoryzacja wstanie z kolan i od razu stanie się potęgą w dziedzinie elektromobilności. Chętni na kolejne rządowe granty już ustawiają się w kolejce. Na przykład AK Motor Polska, firma mająca prawa do marki Syrena. Na razie znana jest głównie z konstrukcji znanej jako Syrena Meluzyna, który jednak nie okazał się zbytnim sukcesem: być może dlatego, że nie udało się znaleźć ludzi, którzy gotowi by byli kupić Audi TT z naspawanym na nie stylizowanym na Syrenę nadwoziem z paździerza i gównolitu skoro o 30% taniej można dostać oryginalne Audi TT, które, w odróżnieniu od Meluzyny, zapewnia bezpieczeństwo i posiada homologację do poruszania się po drogach. Skoro z przebieraniem Audi nie wyszło, AK Motor Polska zaczyna od nowa – tym razem obiecują, że ich Syrena będzie nowoczesnym elektrycznym samochodem. Już się nie mogę doczekać tych wszystkich dopieszczonych komputerowych grafik i modeli w skali 1:1 oraz zachwytu prawicowych dziennikarzy i internautów przekonujących nas, że “tym razem to już na pewno się uda!”

Bo dziwnym trafem o “prawdziwie polskim samochodzie” słychać tylko na prawicy. Nie słyszałem, żeby z takim pomysłem wyskakiwał choćby ktoś z Razem. Czy mogłoby to być dlatego, że prawica nie ma zielonego pojęcia o współczesnej technice? Przemawiają za tą hipotezą pewne przesłanki. Niedawno na przykład na Twitterze znany głównie z opluwania Owsiaka bloger Matka Kurka na poważnie potraktował czyjś dowcip dotyczący suszarek do rąk marki Dyson: podał dalej ich zdjęcie pytając, jak właściwie sika się do tych pisuarów. Na szczęście z pomocą pospieszyła prędko posłanka Pawłowicz, która wyjaśniła mu, że do tego się akurat nie sika, bo to jest jakaś pralka czy zgrzewarka do plastikowych woreczków czy coś…

Czytając intelektualne wykwity tej pary już się nie mogę doczekać na lekturę tego, co o osiągnięciach technologicznych rządu partii tej drugiej będzie miał do powiedzenia ten pierwszy!


Tekst ukazał się w portalu Britské listy
Obrazek Jezusa za tygodnikiem NIE – użytek w celach informacyjnych. 
Fotografia Patryka Kobyłko: Kuba Gawron, użyto za pozwoleniem.

Comments

comments

Dodaj komentarz