Our house, in the middle of the street

Czy kiedykolwiek marzyliście o tym, aby nie być niewolnikiem kredytów czy hipoteki, a zamiast tego żyć jak wolny człowiek? Pracować tylko wtedy, kiedy naprawdę chcecie, mieć swobodę podróżowania, kiedy Was tylko na to najdzie ochota, ciągle poznawać nowych ludzi i nowe miejsca? Jestem przekonany, że większość z nas skrycie marzy o tym, aby móc wieść takie życie. Poznajcie Phila Jeffcocka, który zdecydował się zmienić swoje życie i  żyje właśnie w taki sposób.

downloadTomasz Oryński: Witam. Jeśli dobrze rozumiem, przeprowadzka do autobusu to pomysł, który chodził za tobą od jakichś piętnastu lat? Czy to zmiany w prywatnym życiu skłoniły cię do zrealizowania tych planów – odzyskawszy wolność zdecydowałeś się wykorzystać ją na całego?

Phil Jeffcock:  Piętrusa kupiłem na jakieś dwa tygodnie przed tym, jak (z przyczyn zupełnie nie związanych z tą decyzją) rozstałem się z żoną. Pierwotne plany zakładały przeprowadzkę do autobusu kiedy wszystkie prace nad nim zostały ukończone – chciałem pracować nad nim podczas letnich wakacji przez dwa, może trzy lata. Wtedy moje dzieci byłyby już dobrze po dwudziestce, moglibyśmy więc jeździć na długie, sześciotygodniowe wakacje z moją (dziś już byłą) żoną. Lecz kiedy się rozstaliśmy stanąłem przed wyborem: albo szukam jakiegoś mieszkania do wynajęcia, albo po prostu przeprowadzam się do autobusu, który był już kupiony. Zdecydowałem się na to drugie i 20 września 2011 spędziłem pierwszą noc w moim piętrusie. Wywaliłem część siedzeń na piętrze, wstawiłem tam wielkie łóżko i tak przespałem pierwszą noc. Następnego dnia rozpocząłem przebudowę autobusu.

TO: Innymi słowy zdecydowałeś się skoczyć do głębokiej wody.

PJ: Można tak powiedzieć.

TO: Rozumiem, że od strony finansowej cała operacja kosztowała jedynie około 9000 funtów, ale zgaduję, że większość pracy wykonałeś sam.

PJ: To prawda, praktycznie wszystko zrobiłem sam.

TO: A jak wygląda kwestia parkowania? Można po prostu zaparkować w dowolnym miejscu?

PJ: Cóż, zacznijmy może od początku. Autobus po zakupie przechowywałem na farmie znajomego, ale po tym, kiedy zdecydowałem się w nim zamieszkać nie mogłem tam zostać dłużej. Przeniosłem się więc na niewielki camping nieopodal miejsca, gdzie mieszkałem wcześniej, gdzie korzystając z przyłącza do sieci elektrycznej wykonałem prace wymagające elektronarzędzi. Musimy pamiętać że do tego czasu prowadziłem całkowicie zwyczajne życie, miałem żonę i dwójkę dzieci i wszystkie związane z tym zobowiązania. Trochę czasu zajęło zanim udało mi się te sprawy uregulować – innymi słowy odłączyć się od nich. Pracowałem wtedy wciąż sześć a czasem nawet siedem dni w tygodniu, ale dopiero w okolicach kwietnia, kiedy sfinalizowała się sprzedaż domu wpadło mi do kieszeni trochę pieniędzy, które pozwoliły mi uregulować zobowiązania. Wtedy zrobiłem sobie trzymiesięczne wakacje w lecie, a kiedy wpadło mi parę groszy, które mogłem wydać na autobus udałem się w pierwszą podróż do Tibshelf, gdzie zainstalowałem tzw. pozasieciowy układ baterii słonecznych. Jest tam zakład, który specjalizuje się w takich rzeczach. Jest to coś podobnego do urządzeń spotykanych na kanałowych barkach (właściwie wiele z rozwiązań w moim autobusie zapożyczone jest z narrow boats). Baterie wraz z przetwornikiem kosztowały mnie około 1500 funtów, a do tego musiałem dokupić akumulatory podobne do tych, które stosowane są w wózkach widłowych. To była chyba najlepsza inwestycja, bo choć generator elektryczności kupiłem od razu, dopiero w drugim tygodniu października musiałem użyć go po raz pierwszy. Od maja do października byłem całkowicie samowystarczalny, jeśli chodzi o energię elektryczną, i to pomimo tego, że używam zwykłych domowych urządzeń takich jak pralka itp.

download (1)

W moim projekcie od razu zakładałem, że zainstaluję zwykłe domowe urządzenia. Ludzie pytali mnie, czemu nie użyję specjalistycznego sprzętu produkowanego dla pojazdów kempingowych: „Czemu nie wystarczy Ci prysznic z przyczepy kempingowej, czemu nie zainstalujesz takiego zlewu jak tam”. Ale ja odpowiadałem „nie, nie chcę nic z tych rzeczy. Są one zbyt kompromisowe. Mogą spełniać swoje zadanie, jeśli jedziesz na tygodniowe wakacje z przyczepą, ale to jest mój dom!”. Nikt nie chciałby chyba być na co dzień użytkownikiem takich rozwiązań jak chemiczne toalety itp. Dzięki temu nie muszę nigdzie jeździć moim autobusem. Jest całkowicie samowystarczalny przez miesiąc do sześciu tygodni. A to jest dla mnie bardzo ważne.

Na przykład teraz mieszkam w Tuxford, gdzie pracuję jako kierowca tira dla Walkers transport. Firma mieści się w dawnej bazie wojskowej, w której centrum stoi jakieś 12 domów, a ja zaparkowałem nieopodal ich. Jeden z miłych ludzi mieszkających tam pilnuje mojego autobusu i dokarmia kota, kiedy wyjeżdżam w trasę. Jeśli bym chciał, mógłbym pojechać gdzie chcę, ale że jest mi dobrze w tej pracy, bo to dobra firma, pracuję dla nich przez pięć dni w tygodniu.

TO: A w kwestii życia bez podłączeń do sieci, jak rozwiązany jest problem ścieków? Spuszcza się je gdzieś, kiedy nikt nie patrzy, czy jest na to rozwiązanie zgodne z prawem?

PJ: Technicznie rzecz biorąc nie ma nic nielegalnego w tym jak ja to robię. Na podwórzu jest pokrywa włazu do kanałów i to jest wszystko, czego mi trzeba. Technicznie rzecz biorąc nie są to jakieś ciężkie ścieki, jest w tym mnóstwo płynu, wystarczy powiedzieć, że spuszczam to przez rurę o przekroju dwóch cali. I zawsze upewniam się że spuszczam to do właściwego kanału, bo są ich dwa rodzaje: kanalizacja ściekowa i kanalizacja deszczowa. Zawsze upewniam się, że nie używam tej drugiej, bo prowadzi ona wprost do rzeki, podczas gdy ścieki przechodzą wpierw przez oczyszczalnię. Ale nie ma żadnego problemu ze znalezieniem właściwego włazu, na każdym obszarze przemysłowym jest ich kilka, więc wszystko czego mi potrzeba to znalezienie jednego z nich, podniesienie pokrywy, podłączenie rury do autobusu i odkręcenie zaworu. Zbiornik opróżnia się w około 35 sekund.

download (3)

TO: A jak często trzeba wykonywać taką operację?

PJ: Raz na miesiąc lub rzadziej.

TO:  Faktycznie, nie widzę dlaczego miałby to być problem dla kogokolwiek.

PJ: Nie, to w ogóle nie jest żaden problem. Przykładam szczególną wagę do kwestii ochrony środowiska. Proszę spojrzeć na zdjęcie: zainstalowałem sobie w łazience pisuar, który pracuje w systemie bezwodnym. To świetny sposób na oszczędzanie wody. Zwykle w domach około pół do trzech czwartych litra moczu spłukiwane jest czterema czy pięcioma litrami wody – to straszliwe marnotrawstwo, szczególnie jeśli ktoś musi uzupełniać swój zbiornik wody…

Lubię żyć w zgodzie z przyrodą. Dlatego nie szastam wodą. Oczywiście nie jestem też joginem, który zadowoli się szklanką wody na tydzień, ale wystarczy trochę kreatywnego myślenia, aby zaoszczędzić mnóstwo wody zwyczajnie używając jej tylko tyle, ile potrzeba.

TO: A skąd bierzesz wodę? Polegasz na życzliwych ludziach, czy są specjalne miejsca w których można napełnić zbiorniki?

PJ: To nie jest żaden problem. Kiedy zbiornik jest pusty po prostu pytam tam, gdzie się akurat znajduję. Zwykle wystarczy zagadać z ludźmi, aby pozwolili nabrać wody. Właściwie to jest nawet dość zabawna sprawa: zwykle kiedy wprost proszę o możliwość skorzystania z ich przyłącza, początkowo mają opory. Więc oferuję, że im za zużytą wodę zapłacę. Mój autobus ma zbiornik mieszczący 1000 litrów. W najdroższej gminie 1000 litrów wody kosztuje tylko 74 pensy. To właśnie dlatego wszyscy używają tak dużo wody, na przykład pod prysznicem. Standardowy prysznic zużywa ok. 6 litrów wody na minutę. 10 minut moczenia się to 60 litrów. Ja oszczędzam też wodę dzięki temu, że prysznic biorę na truckstopach itp. ale myślę o tym, żeby zamontować sobie w autobusie regularne centralne ogrzewanie, żebym mógł to robić w domu w większym komforcie. Planuję zamontować zwyczajnego junkersa, tylko przerobić go na LPG. On będzie zasilał grzejniki zamontowane w autobusie. Dzięki temu będę miał stałą temperaturę i nie będzie już więcej takich sytuacji, że wstałem rano a tu zimno w całym domu…

download (2)TO: …bo jak na razie ogrzewasz piecykiem na drewno, prawda?

PJ: Tak. Jest fajny i potrafi szybko nagrzać – w przeciągu pół godziny od rozpalenia mam ok 17-18 stopni. Umieszczony jest na dole – tam gdzie na razie jest warsztat ale docelowo będzie pokój dzienny, ale komin przechodzi przez sypialnię na piętrze, więc i ona szybko się nagrzewa. Na razie mam też jeden z tych piecyków gazowych na butle, więc kiedy wracam z pracy i chcę tylko się umyć i iść do łóżka, nie muszę rozpalać w piecyku. Mam też ogrzewacz postojowy gotowy do zainstalowania, ale tu pojawia się problem, że nie chcę używać podstawowego układu elektrycznego piętrusa do żadnych innych celów. Chcę, żeby nawet kiedy wszystkie inne akumulatory wyczerpią się do zera, wciąż możliwe było po prostu wskoczyć za kółko, odpalić silnik i odjechać.

TO: Więc w autobusie są dwa osobne obwody systemy elektryczne – jeden na potrzeby pojazdu – do świateł, rozrusznika itd.  – a drugi na potrzeby domowe?

PJ: Właściwie to są trzy. Wszystkie systemy własne autobusu są całkowicie oddzielone. Poza tym nie chce zbyt szybko wyczerpywać baterii, więc wszystko to, co może efektywnie pracować na 12 woltach – pompy wodne, samochodowe radio – pracuje na 12 woltach. Jedynie dla większych urządzeń domowych używam standardowego napięcia 230 wolt. W rezultacie do mojego generatora podłączone są trzy ładowarki. Ale kiedy chcę naładować sobie laptopa czy komórkę, energię biorę z baterii. Tak samo kiedy oglądam telewizję, gotuję czy odgrzewam posiłki w mikrofalówce. Na tą chwilę energii wystarcza gdzieś na trzy noce, po czym włączam generator na około 8 godzin i wszystko naładowane jest ponownie. Staram się nie zużywać zbyt wiele paliwa na produkcję energii – w chwili obecnej schodzi mi mniej niż dwa galony na tydzień. Rzecz w tym, że można by produkować energię jednym z tych malutkich generatorów, ale nawet one zużywają około 0.8 litra na godzinę. 0.8 litra na godzinę to funt na godzinę. W ten sposób oglądanie telewizora przez jeden wieczór kosztuje piątaka. Rozwiązanie takie jak moje – użycie większego generatora aby wyprodukować energię, którą potem przechowuje się w akumulatorach – jest znacznie bardziej efektywne. A generator jest mi potrzebny tylko w tej porze roku.

TO: Ponieważ latem baterie słoneczne zaspokajają całkowicie twoje energetyczne potrzeby.

PJ: Dokładnie.

TO: Przedstawiłeś techniczne strony życia w autobusie, ale mam także pytania dotyczące innych doświadczeń. Czy życie w autobusie wiąże się z „pewną łatką” jaką przyczepiają  spotkani w drodze ludzie? W końcu pierwsza rzecz, jaka przychodzi Brytyjczykowi na myśl, jeśli mowa o ludziach bez stałego adresu jest społeczność tzw. Travellers, a oni nie mają zbyt dobrej opinii. Czy miałeś jakieś problemy z tym związane – z tym, że ludzie brali cię za jednego z nich?

PJ: Dla mnie to nie jest żaden problem, ponieważ mój autobus ma wyraźny charakter, który mnie od nich odróżnia. Gdy w zeszłym roku miałem te trzy miesiące wakacji, zatrzymywałem się w różnych pięknych miejscach – jeśli gdzieś mi się spodobało, zatrzymywałem się tam po prostu na kilka dni i okazało się, że każdy, kto przechodził chciał ze mną chwilę pogawędzić. Praktycznie cały czas miałem okazję rozmawiać z ludźmi. I oni patrzyli na mnie jak na prawdziwego szczęściarza czy luzaka. Wielu z nich mówiło, że to jest wspaniała sprawa, i że chcieliby także móc pozwolić sobie na zrobienie czegoś takiego. Ale kiedy wróciłem ponownie aby szukać pracy, niektórzy krzywo się na mnie patrzyli. Jestem zdolnym i doświadczonym kierowcą, znam się na ciężarówkach, pracowałem w tej branży całe moje życie, ładunki gabarytowe, transport ciężki i tak dalej, ale wiedziałem, że etykietka człowieka znikąd nie będzie pomocna. Co więc zrobiłem? Zaparkowałem nieopodal pobliskiego przejazdu kolejowego i mieszkałem tam przez jakieś dwa tygodnie nikomu nie wadząc. W tym czasie przedstawiłem się lokalnej społeczności i radzie gminy – jeśli ludzie poznają cię bliżej,chętnie wyciągną pomocną dłoń, doradzą, gdzie można znaleźć pracę i tak dalej.

download (4)

Miałem też konto na Facebooku, ale tu sprawa wymknęła się trochę spod kontroli, bo miałem tam mnóstwo ludzi, każdy spotkany po drodze chciał dodać mnie do przyjaciół, a wiadomo co się dzieje, kiedy otworzy się swoje konto na Facebooku dla wszystkich – pojawiło się mnóstwo trolli i ignorantów i sprawa zaczęła staczać się po równi pochyłej. Więc co zrobiłem, założyłem osobne konto na Facebooku dla mojego autobusu, Yasmin Greenbus… A przy okazji, wiesz skąd wzięło się to imię?

TO: Nie, nie mam pojęcia?

PJ: Firma od której kupiłem autobus używała go przez ostatnie 20 lat. Panował w niej zwyczaj nadawania pojazdom imion członków rodziny właściciela. Yasmin to była wnuczka właściciela firmy, więc użyłem tego imienia, wraz z „nazwiskiem” Greenbus, bo ładnie komponowało się na Facebooku.

Wracając do „travellersów”. Kilka razy się z nimi zetknąłem. Rozmawiałem z nimi tylko dwukrotnie… Nie chcę tu wyjść na człowieka uprzedzonego, ale namawiali mnie, żebym z nimi pracował, jakieś tam szemrane interesy na czarno i nie czułem się w tym towarzystwie bezpiecznie. Więc to, że na burcie autobusu wymalowałem adres mojej strony na Facebooku pomogło mi się od nich odróżnić. Pomaga mi też w rozmowie na przykład z farmerami, bo wielu ludzi traktuje mnie bardzo podejrzliwie, spodziewając się że jestem jednym z tych pokręconych ekologów z hipisowskiej wioski i spodziewają się, że za chwilę w moje ślady przyjedzie kolejnych 7 czy 8 autobusów. Od kiedy jednak widzą, że jestem na Facebooku, mam o wiele łatwiej, bo oni wiedzą, że mogą mnie „sprawdzić” zanim w ogóle spróbują mnie poznać.

TO: Lecz kiedy już poznają, ich nastawienie zmienia się na lepsze?

PJ: Jestem w stanie zrozumieć to, że ludzie czują się nieco zaniepokojeni na początku. Bywałem w pięknych, małych wioskach i zawsze udawałem się z wizytą do lokalnego pubu, aby mieszkańcy mogli nawiązać ze mną kontakt i mnie poznać. Ludzie, którzy są złodziejami czy czymś w tym stylu, zwykle nie integrują się z lokalną społecznością, więc wyciągając rękę do mieszkańców danego terenu zapewniam ich, że nie jestem dla nich zagrożeniem.

download

TO: Ale nie tylko ich bezpieczeństwo, ale i twoje jest istotne. Wiem, że już ktoś włamał się do  autobusu…

PJ: Tak, był taki przypadek. Czasem kiedy „wychodzę na miasto” w weekend, parkuję na zewnątrz pubu, żeby nie musieć brać taksówki. Pewnej nocy zatrzymałem się we Wrexham, w dzielnicy której nie znałem, a jak się okazało była to dość szemrana okolica. I pewnego ranka, kiedy nie było mnie w autobusie, ktoś włamał się i ukradł mój laptop i komórkę.

TO: Ale był to jedyny taki przypadek?

PJ: Na szczęście tak i wszystko dobrze się skończyło, ponieważ sprawcy próbowali ukraść cały autobus, więc mogło skończyć się znacznie gorzej. Na szczęście nie udało im się to.

TO: Masz teraz zainstalowany alarm?

PJ: Tak. Włączam go zawsze, gdy nie ma mnie w domu, albo kiedy idę spać.

TO: A jak sobie z tym radzi twoja kotka? Koty są przecież zwierzętami terytorialnymi, czy nie jest to dla niej problemem, że często gdy wystawia nos za próg, okazuje się, że jest w całkowicie nowym miejscu?

PJ: Autobus jest jej terytorium. Jeśli zaś chodzi o eksplorację świata na zewnątrz, dostarcza ona wiele uciechy. Czasem zatrzymam się tylko na chwilę, na przykład żeby zatankować, a ona wyskakuje. Ja kontynuuję podróż nie wiedząc, że nie ma jej na pokładzie. Kiedy się zorientuję, muszę zawrócić i wrócić do miejsca ostatniego postoju, gdzie ona siedzi, czekając na mnie. Wystarczy, że zatrzymam się na sekundę, a wskakuje i układa się na swoim ulubionym miejscu na desce rozdzielczej i w dalszą podróż jedziemy już razem. Już kilka razy mi się zgubiła, ale zawsze udawało nam się siebie odnaleźć. Tu, gdzie teraz mieszkam, tuż za rogiem, znajduje się mały bar kanapkowy, a że w okolicy znajdują się różne przedsiębiorstwa, ich pracownicy przychodzą tam na lunch. Dostarcza im ona wiele uciechy siedząc pod barem i oczekując aż podzielą się z nią różnymi smakołykami – ona to po prostu uwielbia.

download (5)

TO: Czyli nie jest to dla niej problemem, i tak długo, jak ma swoje bezpieczne terytorium w autobusie, chętnie podejmuje się eksploracji nowych okolic…

PJ: Tak, i uwielbia to. „Wie z czym to się je” – jak to się mówi.

TO: A jak się czujesz, żyjąc tak bez żadnych więzów łączących z cywilizacją? Czy uważasz się za kogoś w pewnym sensie żyjącego poza systemem?

PJ: Nie da się tak naprawdę żyć poza systemem. Nie można na przykład żyć bez stałego adresu. Potrzebny jest do prawa jazdy i tak dalej. Ja w tym celu podaję adres mojego syna i nigdy nie miałem z tym problemów. Jedynym przypadkiem, w którym  mogłoby mi to sprawić problemy byłoby gdybym starał się o zaświadczenie o niekaralności. To dla mnie nie problem, bo nigdy nie miałem żadnych konfliktów z prawem, ale żeby takowe uzyskać, wymagane jest przedstawienie rachunków na swoje nazwisko. W moim przypadku jest to niemożliwe – po prostu nie mam żadnych rachunków na mój stały adres, ale dla mnie to nie problem. To zaświadczenie nie jest mi do niczego potrzebne.

TO: Z tego co widzę ludzie piszą, komentując twoje internetowe wpisy, że realizujesz ich marzenie. Jednak nikt z nich nie był na tyle odważny aby przekuć je w rzeczywistość…

PJ: Mogę to zrozumieć. Bo to nie jest kwestia odwagi. Mój pomysł początkowo miał dotyczyć życia na barce. Wielu rozsądnych ludzi żyje na barkach, ale to jest zwyczajnie nie dla mnie, bo takie życie podlega wielu regulacjom, a jeśli jest coś, czego nie znoszę, to właśnie przepisy i regulacje. A jeśli mieszka się na kanałach, trzeba albo zmieniać miejsce raz na dwa tygodnie, albo płacić opłaty na przystani – a to już oznacza, że życie jest niewiele tańsze niż w normalnym mieszkaniu. W moim „piętrusie” nie dość, że mam znacznie więcej miejsca niż na barce, to jeszcze nie jestem uwiązany do wody – mogę nim pojechać praktycznie wszędzie.

TO: Czyli twoja ścieżka życiowa, to znacznie więcej wolności.

PJ: Także dzięki kwestiom finansowym. Życie w autobusie jest znacznie tańsze. Zwyczajne gospodarstwo domowe ma w budżecie trzy główne pozycje: czynsz lub ratę za mieszkanie, opłaty za media i council tax – żadnych z tych rzeczy nie płacę – nie to, że ich unikam, po prostu nikt ich ode mnie nie wymaga. A te płatności dla zwykłego gospodarstwa domowego to pewnie minimum 150-200 funtów tygodniowo, zależnie od konkretnych czynników. Mnie zaś interesuje tylko podatek drogowy, ubezpieczenie autobusu i przegląd techniczny. Czyli w tym sensie moje opłaty stałe wynoszą nie więcej niż 15 funtów tygodniowo.

yasmin_1_0

TO: Masz więc też więcej czasu dla siebie, bo nie musisz aż tyle pracować, żeby zarobić na to wszystko.

PJ: To prawda. A nie jest dobrze mieć za dużo pieniędzy, jeśli nie ma się nikogo przy sobie, prawda? Więc w moim idealnym świecie pracowałbym tylko trzy dni w tygodniu, ale wiesz jak to jest w branży transportowej. Więc jak na razie pracuję po prostu pięć dni w tygodniu (weekendy mam wolne) i dobrze mi z tym, bo Walkers to naprawdę dobra firma. Oni są jak firma transportowa sprzed 30 lat – zupełnie niepodobni do dzisiejszych agencji czy współczesnych wielkich przedsiębiorstw. W Walkers traktują cię jak człowieka, a nie kolejny numerek. A do tego z tymi wszystkimi zaletami, że mogę parkować bezpiecznie na ich terenie – jest to dla mnie więc wymarzone rozwiązanie. Z drugiej jednak strony, nie chciałbym być przywiązany do jednego miejsca, bo przecież marzyłem o podróżach… 🙂

TO: Ale twój autobus to piętrus, czy nie będzie to problemem podczas podróży w Europie?

PJ: To jeden z powodów, dla których wybrałem właśnie ten, bo jest on tylko odrobinę wyższy niż 4 metry, czyli praktycznie mam całkowitą swobodę, jeśli chodzi o podróże po kontynencie. Mam tylko jakiś 170 cm wzrostu, więc przy suficie na wysokości ok. 180cm, życie w moim piętrusie jest całkiem wygodne. Ale ktoś kto ma 190 cm wzrostu potrzebowałby jednego z tych wyższych, a wtedy mógłby zapomnieć o podróżach po Europie.

TO: Zawsze można by zamiast piętrusa zaadaptować na dom przegubowca…

PJ: Tak, ale wtedy nie można by holować za nim samochodu, bo przegubowiec to już właściwie sam w sobie „autobus holujący przyczepę”, czyż nie? No i jest jeszcze jedna kwestia: istnieje taka luka w prawie, a może i nie luka, bo jest tam nie bez powodu. Jeśli autobus jest starszy niż 30 lat, można nim jeździć na zwykłym prawie jazdy kat. B pod warunkiem, że nie przewozi się więcej niż 8 osób naraz. Mój autobus w papierach ma wpisane „auto ciężarowe na własny użytek” z całym zamieszaniem, które z tym się wiąże, a które może być problematyczne – ja osobiście wolałbym, żeby mój piętrus dalej był widziany przez prawo jako autobus. Kiedyś spotkałem faceta, który był kierowcą tego właśnie autobusu przez 15 lat, a dziś nie może go prowadzić, bo dziś potrzebowałby prawo jazdy na ciężarówkę…

TO: Niekiedy te luki w prawie mogą być absurdalne. Ale dla ciebie to chyba dobrze, bo siedząc w jednej z nich musisz stosować do mniejszej ilości regulacji?

yasmin_2_transpoddt_0PJ: Cóż, na początku trochę mnie to martwiło, że policja będzie się czepiać, bo w wielu kwestiach dotyczących mnie prawo jest niejasne. Ale nigdy mnie nie zatrzymali. Myślę, że tak długo, jak w ich bazie danych widzą, że wszystko jest w porządku, nie mają powodu, żeby mi zawracać głowę. Choć czasem może to być problem i dla nich – jak wtedy kiedy miałem włamanie. Nie wiedzieli jak to traktować – czy jako włamanie do pojazdu, czy jako do domu, bo każda z tych opcji oznaczałaby stosowanie innych procedur, innych technik kryminalistycznych i tak dalej. Ale wyszło na to, że są oni bardzo pomocni i starają się, aby sprawy rozwiązać w najlepszy możliwy sposób.

TO: No a nawet jeśli ten brak regulacji może być niekiedy problematyczny, pewnie inne zalety obranej ścieżki życia wynagradzają te problemy z nawiązką?

PJ: Tak właśnie jest. Muszę powiedzieć to jasno: przeprowadzka do autobusu to najlepsza decyzja w moim życiu. Kiedy prowadzi się normalne życie rodzinne, wychowuje dzieci, człowiek jest w pewnym sensie uwiązany przez to wszystko. I trzeba ciężko pracować, aby zapłacić za te wszystkie rzeczy, z których istnienia nawet nie zdajemy sobie sprawy. Był taki moment – podczas ostatniej gwiazdki siedziałem sobie w moim autobusie i rozmyślałem o tym, jak wielkie zmiany w moim życiu przyniósł miniony rok. Zdałem sobie wtedy sprawę z tego, jak wolnym człowiekiem jestem dzisiaj. Rok temu, jak już Panu mówiłem (w poprzedniej części wywiadu – przyp. redakcji), miałem wciąż wiele zobowiązań i związanych z nimi stresów. To uczucie, kiedy nie można odmówić pracy, bo trzeba zapewnić godziwy byt dzieciom i tak dalej. Więc po tych świętach zacząłem się zastanawiać jakie zmartwienia mam dziś. I wszystko, co mam na głowie, to ta odrobina, która pozwoli mi przeżyć następny tydzień. Nie muszę się martwić o żadne stałe zobowiązania. Nic nikomu nie jestem winien – i to jest ta wspaniała rzecz: to poczucie absolutnej wolności. W całym moim życiu nie byłem nigdy tak zrelaksowany jak dziś. Naprawdę: nigdy!

download (6)


Wywiad ukazał się w portalu gazetae.com (w dwóch częściach: pierwsza i druga)

Zdjęcia z archiwum własnego Phila Jeffcocka oraz z profilu internetowego Yasmin Greenbus użyte za jego zgodą. 

 

 

 

Comments

comments